POCZYTAJNIA

...czyli blog książkowy Eweliny Dydy. Recenzje książek z wyższej i niższej półki - nowości, klasyka, literatura popularna.

Kobiety kobietom

Pustostan - Nietresta-Zaton Agnieszka

Funkcje literatury mogą być wielorakie, ale na potrzeby niniejszej recenzji przywołam tylko jedną: wychowawczą, która oddziałując na sferę przekonań odbiorcy, chce kształtować jego świadomość. Literatura, której funkcją nadrzędną jest funkcja wychowawcza, w zamierzeniu ma kształtować pewne postawy i odwołuje się do określonego systemu wartości. Z kolei na autora tego typu literatury czeka mnóstwo pułapek, między innymi przerost ideowej wymowy utworu nad jego formą. A my, czytelnicy, nie lubimy, kiedy próbuje się nam na siłę, łopatologicznie wykładać problemy, które dogłębniej zostały już opisane na przykład w publicystyce z kręgu poruszanego w książce tematu. Z większą przyjemnością czytamy utwory, w których autor nie moralizuje na siłę, lecz swoje przekonania i intencję kształtowania pewnych postaw przemyca subtelnie, w naturalnych dialogach, kreacji postaci, sytuacjach etc. Nie można przecież zapomnieć, że oprócz funkcji wychowawczej, literatura ma także inne funkcje. Sięgając po książkę, chcemy przecież obcować właśnie z literaturą, a nie karkołomną wykładnią nawet najbardziej poszanowania godnej idei.

 

Właściwie już po powyższym wstępie czytelnik może się zorientować czego będzie dotyczyć mój główny zarzut wobec prozatorskiego debiutu Agnieszki Nietresty-Zatoń. Zachęcam jednak czytać dalej, bo oprócz zarzutów, będą również wyodrębnione dobre strony powieści. Na zachwyty z pewnością zasługuje język „Pustostanu”, który jest spójną całością jeśli chodzi o przesłanie książki. Autorka bardzo zgrabnie i w pełni uzasadnienie wplata w narrację wszelkie slogany, frazy, hasła, które kłębią się gdzieś „z tyłu głowy” każdemu z nas. Przysłowia, biblijne frazy szpikują język powieści, dodając mu przyjemnej pikanterii – dającej przyjemność czytania. Ale ten język, złożony ze schematycznych wtrąceń, idealnie odpowiada właśnie warstwie ideowej, która między innymi dotyczy powielania schematów w życiu, które powtarzamy tak samo bezmyślnie, jak bezmyślnie kołaczą się nam po głowie zasłyszane kiedyś frazy, hasła, przysłowia. Autorka czasem powtarza je dosłownie, czasem dodaje coś od siebie, ale zawsze – dzięki kontekstowi umieszczonych w ich pobliżu obrazów – uzyskują one nową jakość, nierzadko ironiczną. Język powieści świadczy także o dobrym słuchu autorki, rozumianym jako umiejętność wyłuskiwania z otoczenia trafnych (w sensie idealnie dobranych do wymowy powieści) wypowiedzi. Usłyszymy tu zdania, które gdzieś już kiedyś z pewnością słyszeliśmy, takie które faktycznie mogły zostać wypowiedziane, a wszystkie składają się na spójny obraz braku kobiecej solidarności, która przekłada się na to, iż kierat, który je zniewala, w wielu aspektach ufundowały sobie również same.

 

I tak to w ostatnim zdaniu powyższego akapitu można zamknąć główną myśl „Pustostanu”. Powieść Agnieszki Nietresty-Zatoń jest bowiem przede wszystkim o braku kobiecej solidarności. Owy brak sprawia, że kobiety także przyczyniają się do stale nakręcającej się spirali schematycznego postrzegania roli kobiety w społeczeństwie, w którym rolą jej przypisaną jest rola matki i żony. To same kobiety, powtarzając niesprawiedliwe o sobie opinie, sprawiają, że świat wciąż jest tak samo urządzony. Kobiety same siebie postrzegają stereotypowo: jak krótka spódniczka, to od razu wiadomo, że dziewczyna się źle prowadzi; jak mąż bije żonę i pije, to ona ma przy nim trwać – nie dopuszczalne, aby to kobieta opuszczała mężczyznę; jak kobieta sama z dzieckiem, to wiadomo, że jest taka i owaka itd. Natomiast mężczyznom wszystko uchodzi płazem i wielokrotnie są przez inne – zwykle starsze: matki, bądź teściowe – kobiety pocieszani, jakby to oni byli ofiarami, a nie sprawcami tragedii.

 

Kobiety w „Pustostanie” są różnorodne, ale łączy je uwikłanie w schemat, który nie pozwala im w pełni żyć i się realizować. Już na starcie, jeszcze w dzieciństwie tłamsi się ich marzenia, wpajając, że nie muszą być mądre, lecz tylko ładne i jak najszybciej powinny złapać męża. Wszelkie ambicje, które miały, są w nich stępiane, wykpiwane i uważane za nieprzydatne głupoty. Tymczasem mężczyźni w takim świecie się realizują, spełniają marzenia, bo od dziecka byli ustawieni na lepszej pozycji.

 

Oczywiście nie sposób się z ogólną myślą książki Agnieszki Nietresty-Zatoń nie zgadzać, niemniej nie da się ukryć, że świat przedstawiony w powieści autorki jest światem uproszczonym. Zabrakło tutaj równoważących pozytywnych przykładów. „Pustostan” przedstawia świat czarno-biało, co sprawia, że na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie to „co autorka chciała powiedzieć” – z niekorzyścią dla formy, która pozostawia wiele do życzenia. Mamy tu ciekawe kobiece życiorysy, ale nie układają się one w żadną ciekawą historię. Do tego niemal w połowie powieść traci rytm i sprawia wrażenie dosztukowywanej, jakby autorka cały potencjał i energię zużyła już na wstępie. Ponadto z książki wypływa także inna myśl, której autorka chyba nie była świadoma. Mężczyźni, dzieci, inne kobiety są w tej książce tak odstręczająco przedstawieni, że ma się ich z chęcią – przepraszam za kolokwializm – kopnąć w tyłek i porzucić. A skoro tak, to to podskórne przesłanie potwierdza tylko stereotyp feministki-egoistki nienawidzącej mężczyzn i dzieci. A o to przecież nie chodzi. Niestety, przeczytawszy „Pustostan” i do takich wniosków można dojść. To kolejny dowód na to, że literatura powinna unikać uproszczeń i pokazywać świat z całym ekwipażem jego różnych odcieni. W innym wypadku powstanie książka tendencyjna, być może napisana pod wpływem dobrych chęci, ale ostatecznie liczy się efekt, a nie intencje. „Pustostan” po lekturze pozostawia więc rozczarowanie, wynikające z niewykorzystanego potencjału, a temat przecież ważny i wart opracowania.

Juna i Geniusz

Narzeczona Schulza - Agata Tuszyńska

Każdy badacz literatury, który zamierza pochylić się nad twórczością Brunona Schulza, zauważa, że na temat skromnej, bo obejmującej zaledwie dwa tomy opowiadań, literackiej aktywności drohobyckiego pisarza powiedziano już niemal wszystko. Jeśli prowincjonalny autor wzbił się na wyżyny prozatorskiej oryginalności, to dla odmiany badacz literatury chcący napisać o Schulzu i jego twórczości coś oryginalnego, drogę do wyżyn ma długą i stromą. O opowiadaniach Schulza pisano bowiem już z różnych perspektyw, umieszczano w wielorakich kontekstach, analizowano nie tylko sam tekst, ale także życiorys pisarza, który stał się również kanwą dzieł innych autorów.

 

Czy w związku z tym jest jeszcze sens podejmować temat Schulza? A jeśli tak, to w jaki sposób? Okazuje się, że jest. Do tego jest nawet na to ciekawy sposób. Agata Tuszyńska, doświadczona biografistyka, podjęła się tego zadania wykorzystując perspektywę jednej z kobiet, które w życiu Schulza odegrały niebagatelną rolę. Jej wybór padł na Józefinę Szelińską, narzeczoną drohobyckiego twórcy, której postać skryła się w cieniu Schulzowej sławy. To doskonały wybór, ponieważ w biografię autora „Sklepów cynamonowych” został wpleciony – prawdopodobnie jak nigdy dotąd – wątek miłosny. Jednocześnie Tuszyńska w ten sposób wydobywa z owego cienia sławy właśnie Szelińską, Junę, jak nazywał ją Schulz. Mimo że jej portret został wysnuty z domysłów i jest w dużej mierze efektem pisarskiej wyobraźni autorki, to nie można zaprzeczyć, że obraz ten rzuca nieco światła na Szelińską, która do końca wolała pozostać w cieniu i w ukryciu. Przekonał się o tym Jerzy Ficowski, jeden z pierwszych niestrudzonych badaczy życia i twórczości Schulza, który mimo znajomości z Szelińską i prowadzonej z nią korespondencji, musiał wykazywać się nie lada cierpliwością i delikatnością jeśli chciał czegoś istotnego się dowiedzieć od muzy i narzeczonej wielbionego przez niego artysty. Szelińska bowiem mocno strzegła pamięci o Schulzu, nie pragnąc rozgłosu i wiwisekcji jej życia z drohobyckim mistrzem.

 

Jak wyglądał związek Schulza z Szelińską? Tuszyńska kreśli obraz, który charakteryzuje się wzajemnym brakiem zrozumienia, ale jednoczesną potrzebą bycia razem. Junę i Schulza różniło wiele. Różnicę widać już na poziomie stosunku do Drohobycza. Dla Szelińskiej było to miejsce, z którego pragnęła uciec do lepszego, większego świata. Drohobycz był dla niej duszną prowincją. Natomiast stosunek Schulza do rodzinnego miasta był pełen niekonsekwencji i sprzeczności. Z jednej strony dusił się, narzekał na nauczycielską posadę, na ludzi nie rozumiejących jego sztuki. Ale była też druga strona medalu. Schulz po prostu nie wyobrażał sobie życia gdzie indziej. Drohobycz był dla niego miejscem inspiracji. Czuł, że tylko tu może tworzyć, a każde inne miejsce zabiłoby w nim potencjał twórczy. Stąd wielokrotnie zwodzi Józefinę, obiecując wyjazd, ale tak naprawdę nie mając w ogóle zamiaru opuszczać swojego kochanego i nienawidzonego Drohobycza. Związek Schulza i Szelińskiej to także okresy depresji, niemożności dopasowania się. Przez cały czas trwania związku, a także po śmierci Bruna, Józefina zmaga się emocjonalnie z innymi kobietami w życiu narzeczonego. Są wśród nich pisarki, intelektualistki, z którymi Schulz prowadzi bogatą korespondencję, a w której dzieli się także myślami o ich związku. Józefina żyje więc wciąż w świecie domysłów, czy aby owe kobiety nie są także kochankami Bruna. Uczuciowe niepokoje przeżywa również oglądając Schulzowe grafiki, na których w twarzach roznegliżowanych kobiet rozpoznaje miejscowe prostytutki.

 

„Narzeczona Schulza” to jednak nie tylko obraz miłosnej relacji Schulza i Szelińskiej. Tuszyńska z tym samym wyczuciem kreśli także wizje historycznych przemian. Pokazuje jak los Schulza nierozerwalnie został związany z dziejowymi zawieruchami. Jej książka to kolejne świadectwo tego, jak wojna, nie sprzyjający ustrój, niszczą międzyludzkie relacje, a w życiu kulturalnym – i nie tylko – pozostawiają wyrwę i niepowetowaną stratę. Pamięć ludzka we wspomnieniach przechowuje zazwyczaj jakieś szczegóły, strzępki, pojedyncze obrazy, toteż w pamięci Juny wojna to na przykład czarna woalka na twarzy – kamuflaż mający za zadanie ukryć żydowskie pochodzenie, a okres powojenny krystalizuje się na przykład w obrazie powojennych wdów, które szepczą coś do siebie – jak wariatki – podróżując tramwajem.

 

Strategia narracyjna, którą wybrała Tuszyńska, daje możliwość spojrzenia na Szelińską i jej relację z Schulzem w sposób kilkuwymiarowy. Przede wszystkim mamy tu partie wypowiadane w pierwszej osobie, dzięki czemu mamy możliwość śledzenia myśli bohaterki. Ale ten obraz byłby nie pełny gdyby nie partie narracji trzecioosobowej. Chociaż zdarza się także narracja drugoosobowa, kiedy Juna zwraca się do wyimaginowanego Bruna.

 

Tuszyńskiej udało się w bardzo sugestywny sposób pokazać uczuciowość Szelińskiej, jej ciągłe niepokoje przeplatane niewypowiadaną złością, momentami tkliwości, zazdrością, która na starość także ją czasem dosięgała. Zwłaszcza kiedy Ficowski przesyłał do niej odnalezioną korespondencję Schulza. Mimo że dla Szelińskiej były to już czasy zamierzchłe, to niejednokrotnie odczuwała ukłucie w sercu, kiedy czytała dawne listy narzeczonego do powierniczek. Znowu wracały myśli o tym, że były to także jego kochanki.

 

„Narzeczona Schulza” jest więc opowieścią o miłości, ale tragicznej, takiej, która nie miała swojego spełnienia, trwającej lata i właściwie zakończonej dopiero śmiercią Szelińskiej. To także opowieść o niewdzięcznej roli bycia muzą geniusza, trochę nieżyciowego człowieka, dla którego ostatecznie największą miłością okazywała się sztuka. Ale mimo że obraz jest raczej smutny, to wart jest poznania, ponieważ nie tylko ukazuje Schulza przez pryzmat miłosnej relacji, ale jest także próbą uchylenia rąbka tajemnicy, za którą przez całe życie wolała się skrywać Józefina Szelińska – jakby nie było, bardzo istotna kobieta w życiu drohobyckiego twórcy. Polecam.

Konkurs - Jakub Winiarski, Jolanta Rawska: "Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller"

Na fejsbukowej stronie Poczytajni trwa konkurs, w którym do wygrania jest książka Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej "Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller".

 

Po szczegóły zapraszam tu: Poczytajnia

Poradnik kreatywnego pisania – dla autorów i nie tylko

Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller - Jakub Winiarski, Jolanta Rawska

Działające i powstające szkoły kreatywnego pisania oraz regularne lub okazjonalne kursy, na których adepci pisarstwa mogą szkolić warsztat, świadczą dobitnie o tym, że literatura także może mieć charakter rzemieślniczy. Mimo że rzemieślnicze podejście do literatury wielu osobom może wydawać się optyką niewłaściwą – do tego grona z pewnością należą ci, którym literatura kojarzy się ze zjawiskiem wyższym, powołaniem, natchnieniem i innymi romantycznymi cechami – to efekty warsztatów i kursów kreatywnego pisania świadczą same za siebie. Wielu popularnych autorów korzysta lub korzystało z tego typu pomocy. Przywołajmy chociażby popularną szwedzką pisarkę Camillę Lackberg, której droga do sławy i statusu jednej z popularniejszych autorek kryminalnych zaczęła się właśnie od przygody z warsztatami kreatywnego pisania. Jej casus, jak i wielu innych, świadczy o tym, że tego typu szkolenia mają sens i po ich ukończeniu faktycznie można zostać wydawanym i czytanym autorem. Co więcej, warsztaty te prowadzą przeważnie praktykujący pisarze, więc wiedza, którą przekazują jest z pierwszej ręki i stanowić może bardzo przydatną wskazówkę dla pisarzy dopiero aspirujących. Uzupełnieniem szkoleń natomiast mogą okazać się podręczniki traktujące o pisaniu. Wielu autorów bardzo chętnie chce się dzielić swoim doświadczeniem pisarskim, stąd na księgarskich i bibliotecznych półkach znajdziemy wiele takich pozycji. Piszą zarówno ci, których dzieła możemy określić jako literatura z wyższej półki, jaki i ci popularni. Każdy chyba zna książkę Stephena Kinga „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”.

 

„Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller” Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej jest właśnie propozycją podręcznika uzupełniającego wiedzę wyniesioną z warsztatów kreatywnego pisania. Ale nie tylko. To także doskonałe kompendium wiedzy dla osób, które z warsztatami nie miały nigdy do czynienia, bowiem na około sześciuset stronach autorzy wyczerpująco piszą o najważniejszych zagadnieniach związanych z zawodem pisarza. Zaczynają od pomysłu na bohatera i fabułę, a kończą na takiej kwestii jak umowa z wydawnictwem. Przyszły adept pisarstwa dowie się mi.in. ja wykreować fascynującego bohatera, jak wymyślić i poprowadzić fabułę, czy jak stworzyć dekoracje, w których będzie rozgrywać się akcja jego powieści. Posiłkując się wielorakimi przykładami, autorzy wskazują błędy jakie najczęściej popełniają początkujący pisarze. A przykłady pochodzą oczywiście z literatury: tej popularnej, jak i wysokiej. Fakt, że książka posiada dwóch autorów, sprawia że mamy w niej swoistego rodzaju dwugłos o odmiennym brzmieniu. Fragmenty autorstwa Jakuba Winiarskiego pisane są stylem dość bezpośrednim, ponieważ autor mówi do czytelnika wprost, dając złudzenie intymnej rozmowy. Natomiast fragmenty napisane przez Jolantę Rawską bardziej przypominają język charakterystyczny dla opracowań naukowych. Jednakże jest to język zrozumiały, nie naszpikowany naukową terminologią, więc każdy ma szansę wczytać się bez przeszkód w jej wypowiedź. Dodatkowo teksty czysto teoretyczne inkrustowane są praktycznymi ćwiczeniami pobudzającymi kreatywność, tak przecież ważną w zawodzie pisarza. Oprócz wskazówek czysto warsztatowych, znajdziemy także wielorakie tematy do przemyślenia, dotyczące naszego życia – wszak pisarz, chcąc kreować wiarygodne historie, musi trochę o życiu wiedzieć. Ponadto znajdziemy tu również kwestie odnoszące się do poprawności językowej, charakterystykę utworów epickich, a także sugestie jak pisać z humorem czy dobrze kreować różnego rodzaju sceny, pojawiające się najczęściej na kartach literatury. Ale uwaga: „Po bandzie” jest książką o literackich mechanizmach charakteryzujących głównie literaturę popularną, chociaż – jak zaznaczyłam wyżej – autorzy posługują się również przykładami z literatury wysokiej. Celem tej książki nie jest bowiem nauczenie tworzenia literatury wysokiej – talentu niestety nie można nauczyć, trzeba go posiadać – ale nauczenie pewnych chwytów, które charakteryzują poczytną literaturę. Tak więc każdy, kto pisze z myślą o czytelniku, o tym, aby jego książka była poczytna, i ma choć podstawowe predyspozycje w tym kierunku, to po lekturze książki Winiarskiego i Rawskiej z pewnością będzie lepszym pisarzem.

 

Ale według mnie „Po bandzie” nie jest książką tylko dla aspirujących pisarzy. Charakter wiedzy, która jest w niej zawarta, zainteresuje z pewnością także osoby zainteresowane po prostu literackimi mechanizmami. To także nieodzowne kompendium dla osób na serio zajmujących się literaturą, piszących o niej, czy się nią pasjonujących. To ciekawe, bo z perspektywy warsztatu, spojrzenie na literaturę, które warto poznać. Polecam.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, jak odróżnić tekst grafomański od dobrej literatury, jakie cechy powinien mieć pisarz oraz dla kogo są podręczniki kreatywnego pisania, ale odpowiedź na powyższe pytania przychodziła Wam z trudem, to zerknijcie, jak odpowiedział na nie Jakub Winiarski - autor mającego ukazać się niebawem poradnika dla aspirujących pisarzy, zatytułowanego "Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller".

 

 

Jak odróżnić tekst grafomański od dobrej literatury?

 

Jeżeli wady tekstu, jego niezamierzona śmieszność i miałkość są wyraźne, to nie ma problemu z oceną. Jeśli jednak są wątpliwości, należy zostawić książkę pod osąd tak zwanej historii. Weźmy wiersze Leśmiana. Współcześni komentatorzy literaccy zarzucali Leśmianowi, że jest przestarzały, że nie idzie z duchem epoki, że, krótko mówiąc, grafoman z niego i niepotrzebnie wydziwia. Dziś Leśmian jest na szczycie, a o tamtych panach mało kto pamięta. Podobnie z Joyce’em i w ogóle awangardystami. Niektórzy czytelnicy po dziś dzień mają ich za hochsztaplerów i grafomanów. A przecież taki Joyce, czy nasi Buczkowski i Drzeżdżon, wspaniałe książki pisali. Trudne, to fakt, ale też piękne i wyjątkowe. Zatem doradzałbym ostrożność w szermowaniu pojęciem „grafomanii”. Niekoniecznie to jest dobre, co się wyłącznie nam albo czcigodnym literaturoznawcom podoba. Że księgarskie hity nie są wspaniałym stylem pisane? Albo że niektóre książki są trudniejsze dla czytelnika o przeciętnym guście i nie bardzo wybitnym umyśle? To jeszcze nic nie znaczy. Najwyraźniej smakoszy stylu nie jest tak wielu, jak by się wydawało. A i nie każdy czytelnik powinien od razu rwać się do oceniania książki, której nie rozumie i nie docenia być może z powodu własnych słabości i braków.    

 

Jakie cechy powinien mieć pisarz?

 

Musi chcieć pisać i musi pisać. Im więcej, tym lepiej. Jeśli do tego ma sprawne oko i ucho, poradzi sobie.

 

Dla kogo są warsztaty i podręczniki służące do nauki kreatywnego pisania?

 

Proszę pozwolić, że ja spytam: a dla kogo są studia malarskie? Albo muzyczne? I po co są książki do chemii? Albo matematyki? Po co profesorowie od biotechnologii czy architektury? Każdy zna odpowiedzi na te pytania. Po to, żeby ludzie zainteresowani daną dziedziną mogli poznać teorię w maksymalnie komfortowych warunkach, pod okiem kogoś, kto ma stosowną wiedzę i skoryguje błędy pojawiające się w pracach początkującego twórcy. Dziwi mnie, że pisania, takiego rzemieślniczego pisania, które ja nazywam potencjalnie bestsellerowym, nie postrzega się w Polsce jak dziedziny, której należałoby uczyć. Pewnie dlatego mamy całą masę niesamowicie ambitnej literatury, która jest świetna, pioruńsko inteligentna i w ogóle wybitna, tylko jakoś czytelnicy się za nią nie uganiają. A i na uniwersytetach ziewa się nad nią potężnie. „Po bandzie” to próba zmiany tego stanu rzeczy. Chciałbym, żeby ludzie zdali sobie sprawę, że pisania i to takiego potencjalnie bestsellerowego można się uczyć. Tak, jak muzykowania czy rzeźbienia. Metody, sposoby, techniki – to wszystko jest. Opowiedzieliśmy o nich z Jolą Rawską na sześciuset stronach tak, żeby nie było co do tego wątpliwości. A jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, może zerknąć do działu „Opinie uczestników” na mojej stronie www.literaturajestsexy.pl, gdzie bardzo dużo osób podzieliło się swoimi wrażeniami i doświadczeniami z prowadzonych przeze mnie warsztatów.

…a po sezonie już tylko zbrodnia

Poza sezonem - Jørn Lier Horst, Milena Skoczko

Nadmorska miejscowość tuż po sezonie turystycznym, kiedy słońce słabiej przygrzewa, a wokół opadają jesienne liście; nadpływająca znad morza mgła i spowijająca krajobraz; wilgoć i deszcz na zewnątrz, a trzaski palącego się drewna w kominku w jednym z nadmorskich domków – czyż te obrazy nie pobudzają wyobraźni? Czy nie wzbudzają oczekiwań? W każdym razie moją wyobraźnię pobudziły i sprawiły, że miałam duże oczekiwania jeśli chodzi o kryminał Jorna Lier Horsta „Poza sezonem”. Nadmorskie realia po sezonie turystycznym są przecież idealnym wyborem jeśli chodzi o umiejscowienie akcji kryminału skandynawskiego, który cechuje mroczna, szaro-bura, ciężka atmosfera. Kolejnym impulsem pobudzającym moje oczekiwania i zainteresowanie, był oczywiście fakt, że „Poza sezonem” jest właśnie kryminałem skandynawskim, który należy do moich ulubionych rodzajów powieści kryminalnych. Jak wiadomo, określenie „kryminał skandynawski” nie odnosi się tylko do geograficznej proweniencji tego typu kryminałów, lecz jest również kondensacją szeregu cech dla niego charakterystycznych. Mroczny klimat, psychologizacja postaci, zaangażowanie społeczne – to tylko nieliczne cechy kryminału skandynawskiego, wiele zawdzięczającego tradycji czarnego kryminału, ale mnie w zupełności wystarczają, aby zawsze z ochotą sięgać po kryminały z Północy. Niestety, kryminał Horsta nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, okazując się literaturą nieco słabszą. Chociaż należy przyznać, że jako kryminał o policyjnych procedurach „Poza sezonem” wypada dość dobrze.

 

Klimat stworzony przez Horsta w „Poza sezonem” jest prawdziwą gratką dla czytelników gustujących w mroczniejszych klimatach. Mamy tutaj bowiem nadmorską miejscowość ukazaną w realiach poza sezonowych. Robi się coraz chłodniej. Poranki są wilgotne, a okolicę spowija gęsta mgła. Wiatr szumi po pustym wybrzeżu, unosząc jesienne liście. W nadmorskich domkach panuje chłód, który rozproszyć może jedynie gorący płomień w kominku. Zagadkowości i grozy całej atmosferze dodaje fakt, że z niewyjaśnionych powodów z nieba coraz liczniej zaczynają spadać martwe ptaki. W takich właśnie okolicznościach dochodzi do szeregu zbrodni, których powody będzie się starał wyjaśnić komisarz William Wisting.

 

Atutem powieści Horsta jest z pewnością skrupulatność z jaką autor odtwarza poszczególne etapy śledztwa, co w zasadzie nie powinno dziwić, skoro Horst ma za sobą przeszłość policyjną. W tej materii jest bezkonkurencyjny. Wszelkie niuanse towarzyszące postępowaniu na miejscu zbrodni: zabezpieczanie śladów, postępowanie z ciałem, w wydaniu norweskiego pisarza brzmią wiarygodnie, nie ma w nich nawet cienia fałszu. Każdy z policjantów ma przydzielone zadanie, które sumiennie wykonuje. Praca śledczych została więc tu ukazana jako robota zawodowców, do tego skutecznych, konsekwentnie dążących do rozwikłania zagadki. Właściwie żaden element pracy śledczego nie został tutaj pominięty. Mamy tu również ukazany mechanizm kontaktowania się policji z mediami. Zaglądamy za kulisy oficjalnych wersji zdarzeń podawanych do prasy. Dokładność z jaką Horst kreśli obraz pracy policjantów śledczych z pewnością kwalifikuje „Poza sezonem” do kryminałów określanych jako powieści policyjnych procedur.

 

Jak wspomniałam wyżej, kryminał skandynawski często charakteryzuje społeczne zaangażowanie, wrażliwość na jakiś aspekt rzeczywistości. I u Horsta również to mamy, chociaż wolałabym, aby tego w ogóle tutaj nie było. Widać, że autor chce dobrze, ale wychodzi bardzo słabo, wręcz żenująco, by nie powiedzieć: śmiesznie. A to nie dobrze, bo temat imigrancki jest tematem poważnym i wymagającym rzetelności. W zamian mamy bohaterów wyrysowanych grubą kreską, która bardziej zbliża ich do karykatury niż istotnego problemu. Z powieści wywnioskowałam, że w Norwegii wraz z otwarciem granic i przybyszami ze wschodniej części Europy, wzrósł wskaźnik kradzieży i drobnych rozbojów, za które obwinia się owych wschodnio-europejskich imigrantów. Horst najwyraźniej próbuje trochę ich usprawiedliwić. W powieści są to Litwini. Oczywiście usprawiedliwia, ale są to konkluzje na poziomie rozumowania, hm, dorastającego dzieciaka? Przede wszystkim błąd popełnia wrzucając wszystkich do jednego worka, worka w którym kłębią się sami drobni i więksi przestępcy. Wszyscy Litwini, a także inni przybysze ze wschodu Europy, są przestępcami przybywającymi do Norwegii tylko po to, aby dokonywać rozbojów i kraść. A wystarczyło przecież pokazać, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Tymczasem Horst uznawszy, że każdy wschodnio-europejski imigrant to złodziej i przestępca, próbuje nieudolnie usprawiedliwiać grabieże przez nich dokonywane: „Kiedy ludzie z biednych krajów, takich jak nasz, przyjeżdżają do was, żeby pracować albo kraść, to nie po to, żeby się wzbogacić, lecz po to, żeby móc stanąć na własnych nogach. To jest złe, oczywiście, że tak, ale biedni ludzie muszą myśleć o sobie”. Nie dezawuuje więc kradzieży jako takiej, ale usprawiedliwia ją biedą. Zdaje się mówić do Norwegów (bo w końcu jest pisarzem norweskim i powieść w pierwszej kolejności prawdopodobnie kieruje do swoich rodaków): nie złośćcie się na imigrantów, bo cóż z tego, że kradną wasze rzeczy, nie mają przecież wyjścia, bo są biedni, wybaczcie im. Koszmarnie wypadają również sceny, kiedy Wisting przebywa na Litwie i niemal na każdym kroku jest osaczany przez żebraków. Tu również autor prawdopodobnie miał dobre intencje, chciał pewnie uwrażliwić czytelnika na biedę, ale sceny te, podobnie jak w przypadku zarysu postaci Litwinów, wypadają karykaturalnie. Chociaż z drugiej strony takie czarno-białe, proste postrzeganie rzeczywistości być może dobrze sprawdziłoby się w powiastce z morałem dla dzieci. Ale „Poza sezonem” nie jest powiastką dla dzieci, lecz skandynawskim kryminałem dla dorosłych czytelników, od którego wymaga się czegoś więcej. Tymczasem poważna tematyka została sprowadzona tutaj do roli groteski i w trakcie lektury – z pewnością wbrew intencjom autora – podśmiewywałam się nad nią pod nosem.

 

Reasumując: „Poza sezonem” Horsta nie jest kryminałem najwyższych lotów. Co prawda pociąga specyficznym klimatem, jest perfekcyjny pod względem odtworzenia policyjnych procedur, ale brak mu głębi jeśli chodzi o diagnozę społecznego wątku, który autor podjął się eksplorować. „Poza sezonem” to lektura na jeden wieczór, o którym raczej szybko się zapomina.

Za kulisami historii

Był Pan w Smoleńsku, kapitanie? - Philip Kerr, Jolanta Kiełbas

Podręczniki do historii przedstawiają przeszłość w perspektywie makro, co oznacza, że czytamy w nich głównie o wydarzeniach historycznych z punktu widzenia zbiorowości, przywódców i postaci, które się w niej czymś istotnym odznaczyły. Zwykły, szary człowiek jest wciągany w tryby historii i jego życie w skali makro często okazuje się mało istotne. Nikt o nim nie pamięta i on jako jednostka zwykle nie ma większego wpływu na dzieje historyczne. Ale wielkie i przełomowe wydarzenia historyczne, takie jak na przykład wojna, mają ogromny wpływ na życie człowieka jako jednostki. Bywa że diametralnie zmieniają jej los, a w skrajnych wypadkach to życie również zabierają. Wojna niszczy relacje, zezwierzęca, budzi najgorsze instynkty. To na człowieku jako jednostce skupiają się skutki wszelkich zawieruch wojennych i działań przywódców dzierżących w swych rękach władzę i militarne siły. Podręczniki do historii zwykle o tym milczą, ale literatura i szeroko pojęta sztuka wielokrotnie zabiera na ten temat głos. W tym miejscu warto przypomnieć trochę zapomnianą powieść Józefa Wittlina zatytułowaną „Sól ziemi”, opowiadającą o zwykłym człowieku rzuconym w tryby działań wojennych. Powieść ukazała się w 1936 roku i w roku 1939 była wymieniana jako jedna z propozycji do literackiej Nagrody Nobla. „Sól ziemi” opowiada o losach Piotra Niewadomskiego – nazwisko jak najbardziej znaczące – który został wcielony do wojska w czasie I wojny światowej. Jego historia stała się dla Wittlina pretekstem do ukazania wpływu wojny na zwykłego, szeregowego żołnierza. Powieść niepozbawiona jest również wątków pacyfistycznych i krytyki wszelkich działań wojennych. Ale dlaczego o niej wspominam? Przypomniała mi o niej lektura powieści Philipa Kerra: „Był pan w Smoleńsku, kapitanie?”. To także opowieść o zakulisowych wydarzeniach historycznych, w której przyglądamy się losom indywidualnych ludzi, zwykle skrytych za kotarą wielkiej historii. Chociaż nie zabraknie tutaj również i znanych postaci historycznych. Ponadto Kerr popuszcza wodze fantazji i spekuluje na temat wydarzeń, które mogły mieć miejsce. A pieprzu wszystkiemu dodaje fakt, że opowieść snuta jest w stylistyce noir.

 

Autorzy czarnych kryminałów z chęcią eksplorowali przestrzenie miejskie z myślą, że nie ma nic mroczniejszego od miejskich zakamarków i podrzędnych spelunek, w którym spotyka się świat przestępczy. Miasto było miejscem, w którym czaiło się zło i potencjalna zbrodnia. Tymczasem Philip Kerr poszedł o krok dalej. Umiejscawiając akcję w czasie II wojny światowej, stworzył idealne tło dla rozegrania się opowieści w stylistyce noir. I miał rację. Nikt przecież nie zaprzeczy, że wojenna rzeczywistość sprzyja zbrodni, nie tylko na wielką skalę.

 

Oczywiście nie ma dobrego czarnego kryminału bez wiarygodnego, krwistego bohatera-detektywa. To on jest osią całego dzieła literackiego. Często wypowiada się w pierwszej osobie, a jego refleksje i obserwacje bywają zwykle bardziej frapujące, niż kryminalna intryga. W „Był pan w Smoleńsku, kapitanie?” taką postacią jest Bernie Gunther, były niemiecki policjant, który w czasie wojny również stara się wykonywać pracę śledczego, co w zmienionych, wojennych warunkach nie jest zadaniem łatwym. Dodatkowo nasz bohater jest mistrzem ciętych ripost oraz wielbicielem pięknych kobiet, wokół których z upodobaniem eksponuje swoją elokwencję ujawniającą się w dialogach będących popisem flirtu w starym stylu.

 

Tłem akcji, a zarazem pretekstem do rozwinięcia fabuły, jest zbrodnia katyńska. Chociaż mamy tu także napomnienia dotyczące hiszpańskiej wojny domowej i eksperymentów na ludziach. Dodatkowo wojenna zawierucha sprawia, że realia powieści to świat, w którym wszelkie wartości legły w gruzach, śmierć i mord jest na porządku dziennym, więc jedno zabójstwo więcej czy mniej wcale nie robi różnicy – jak zdaje się myśleć Bernie Gunther. Niektórzy bohaterowie, w tym nasz detektyw, próbują jednak zachować choć szczątki człowieczeństwa, szukając oparcia i prawdy w jakimś sensownym działaniu. Dla Gunthera jest to praca śledcza, a dla Ines – patolożki, która przybyła do Smoleńska wraz z całą grupą patologów w celu przeprowadzenia autopsji ofiar masowego grobu – jest właśnie praca w charakterze lekarza sądowego. Ironii wszystkiemu dodaje wybór pory roku, w której rozgrywa się akcja. Jest nią wiosna, kiedy świat i przyroda budzi się do życia. Tymczasem w Smoleńsku bardziej czuć morowe powietrze, niż wiosenny powiew nadziei. Znamienna jest również postawa niektórych Niemców wobec sytuacji, której z naturalnych powodów stali się częścią. Wielu z nich nienawidzi Hitlera i jego polityki, ale tkwi w tym systemie obozów koncentracyjnych oraz powszechnej śmierci. Okazuje się również, że będąc Niemcem również należy liczyć się z możliwością zadania śmierci ze strony własnego rodaka. Powieść Kerra to zarazem lekka mistyfikacja rozumiana jako tworzenie prawdopodobnej wersji zdarzeń, ale też realistyczny obraz rzeczywistości wojennej, namalowany w różnych kolorach i odcieniach.

 

Na koniec kilka słów o tym, kto najbardziej będzie usatysfakcjonowany lekturą powieści Philipa Kerra. Myślę, że książka ta najbardziej trafi do czytelników z upodobaniem smakujących powieści retro oraz kryminały w stylu noir. Kerr ma znakomitą świadomość konwencjonalnych klisz, które umiejętnie stosuje, a czytelnik wielbiący czarny kryminał z pewnością je odnajdzie i będzie miał z tego samą przyjemność. Jako że sama się do takich czytelników zaliczam, powieść Philipa Kerra serdecznie polecam.

Kryminał okiem etnologa

Etnolog w mieście grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne - Mariusz Czubaj

„Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne” – tytuł naukowej pracy Mariusza Czubaja, skądinąd także autora popularnych kryminałów, już swoją treścią jasno oznajmia z czym mamy do czynienia. Otóż etnolog – specjalizujący się w nauce o człowieku i jego kulturze – wkracza w rejony, które z pozoru wydają się znacznie bliższe historykowi i teoretykowi literatury. Tytułowe Miasto Grzechu to bowiem metafora gatunku kryminalnego. Ale gdy dłużej się zastanowić, to okazuje się, że określenie Miasto Grzechu trochę zawęża nam perspektywę, bo tak rozumiana przestrzeń miejska charakterystyczna jest głównie dla czarnego kryminału oraz jego współczesnych kontynuatorów. Tymczasem Mariusz Czubaj w swojej pracy odwołuje się także do twórczości Agathy Christie oraz Arthura Conan Doyle’a, będących właściwie na drugim kryminalnym biegunie. Posługujący się metodą dedukcji detektyw z Baker Street, wielokrotnie rozwiązywał zagadki kryminalne nie ruszając się z miejsca, a królowa kryminału chętnie swoich bohaterów umieszczała w przestrzeniach zamkniętych. Miasto rozumiane jako siedlisko przestępczości i grzechu idealnie wpisuje się natomiast w stylistykę noir. Oczywiście nieścisłość tę należy uznać za atut, a „Etnologa w Mieście Grzechu” każdy fan kryminału przeczytać powinien.

 

Mariusz Czubaj w „Etnologu…” bywa zarówno teoretykiem, jak i historykiem literatury. Ale przede wszystkim występuje tu w roli antropologa i ta perspektywa jest tu najciekawsza. Chociaż trzeba przyznać, że opowieść o przemianach gatunku oraz jego percepcji krytyczno-literackiej jest także ciekawa. Niemniej należy zauważyć, że książka ta jest głównie „(…) opowieścią o narracyjnym wymiarze kultury i takich jej odczytaniach, które w pisaniu, czytaniu, komentowaniu kryminałów widzą ważną współczesną praktykę kulturową oraz metakulturową”.

 

W pierwszym rozdziale Czubaj pisze o recepcji literatury kryminalnej, która przebiegała na dwóch płaszczyznach. Pierwszej, dość oczywistej i zrozumiałej, czyli wchodzącej w zakres badań literackich, wyrastającej z założenia, że kryminał jest materią tylko literacką. Druga płaszczyzna z kolei traktuje kryminał jako przypowieść filozoficzną „(…) albo odzwierciedlenie osobowości, jaźni lub (…) konfliktów społecznych”, czyli jest optyką filozoficzną, psychologiczną, socjologiczną. W rozdziale tym autor proponuje także własną antropologiczną perspektywę, w której zakłada istnienie dwóch nurtów: proceduralności oraz przygodności.

 

W drugim rozdziale, zatytułowanym „Alibi pisarza: gest, świadomość literatury, świadomość kultury”, autor przedstawia reguły rządzące powieścią kryminalną. Przeczytamy więc tu na przykład o dziesięciu zasadach dobrego kryminału (dodajmy: klasycznego, bardziej w duchu Agathy Christie niż Chandlera), sformułowanych przez Ronalda A. Knoxa.

 

Natomiast trzeci rozdział, który wydaje mi się najciekawszy – obok rozdziału czwartego – zatytułowany został „Trójkąt kryminalny, czyli jak myślą detektywi”. Mamy więc tu Sherlocka Holmesa, który zakwalifikowany został do kryminałów będących opowieściami o znakach i ich niepodważalnych znaczeniach, do kryminałów o przejrzystej strukturze społecznej. Mamy także Rossa Macdonalda – klasyka czarnego kryminału – którego twórczość traktuje o związkach społecznych „pojętych w kategoriach społecznej wymiany” oraz Tony’ego Hillermana – mało znanego w Polsce, co przyznaje autor – będącego pionierem „kryminału etnograficznego i antropologicznego”.

 

W czwartym rozdziale przeczytamy natomiast o ciele, o tym jak jest przedstawiane w kryminałach i czemu takie, a nie inne przedstawienia służą. Na samym końcu natomiast Czubaj poświęca chwilę uwagi głównie Henningowi Mankellowi, o którym pisze m. in. tak: „Szwedzki autor był jednym z tych, od których zaczęła się moja przygoda z kryminałem w wymiarze (mam nadzieję) refleksyjnym, stąd szczególne miejsce tego pisarza w mojej książce”.

 

W książkę Mariusza Czubaja czytelnik wczytuje się stopniowo. Nie ukrywam, że fragmenty, w których autor wciela się w rolę historyka i teoretyka literatury czytało mi się najlepiej. Pewną trudność nastręczają natomiast fragmenty, w których Czubaj jest rasowym antropologiem. Ale kiedy czyta się je z uwagą, to okazują się niezwykle ciekawe. Nie miałam jeszcze do czynienia z antropologiczną perspektywą patrzenia na kryminał, ale z pewnością jeszcze do niej wrócę. I nie jest to wyświechtany recenzencki frazes, bo do „Etnologa…” faktycznie można, a nawet trzeba, wracać. Zwłaszcza przy lekturze literatury kryminalnej. Powtarzając zdanie z wprowadzenia: „Etnologa w Mieście Grzechu” każdy fan literatury kryminalnej przeczytać powinien.

Seryjny morderca w Nowym Jorku po raz kolejny

Bez śladu - John Lutz, Bartosz Kurowski

Gdyby komuś kiedykolwiek zechciało się oceniać Nowy Jork na podstawie książek Johna Luzta, to niechybnie taki ktoś musiałby dojść do wniosku, że jest to wyjątkowo zepsute miasto, szczególnie upodobane przez seryjnych morderców. Dodatkowo mordercy ci nie przebierają w środkach i swoim ofiarom szykują zwykle długie i bolesne agonie. Raz jest to morderca, który młode i atrakcyjne kobiety obdziera ze skóry, ich ciała przypala rozgrzaną lokówką, gasi na nich papierosy. Aby przedłużyć cierpienie swoich ofiar, kiedy tracą przytomność, cuci je amoniakiem. Innym razem jest to psychopata, który swoje ofiary zabija i ćwiartuje niczym rzeźnik martwe zwierzęta. Nie inaczej jest w przypadku kolejnej książki, zatytułowanej „Bez śladu”. Biorąc ją do ręki, czytelnik ponownie ma wrażenie, że Nowy Jork to istne zagłębie psychopatów, sadystów i seryjnych morderców.

 

Nowy Jork, ogromne miasto, w którym wielu młodych ludzi upatruje ziszczenia marzeń o nowym, szczęśliwym życiu, wielokrotnie zawodzi nadzieje w nim pokładane. Okazuje się, że ciężko tu o stałą pracę oraz o nawiązanie bliższych i trwalszych kontaktów. Amerykańska metropolia sprzyja raczej anonimowości i przelotnym kontaktom, niż wartościowym relacjom, jakimi są miłość i przyjaźń. Dodatkowo ostatnimi czasy miastem zaczyna wstrząsać lawina zagadkowych morderstw. W różnych miejscach, zazwyczaj w centrum miasta i na widoku, odnajdywane są zwłoki. A raczej ich fragmenty, bo zawsze jest to tułów pozbawiony głowy i kończyn. Badania w zakładzie medycyny sądowej wykazują również, że intymne części ofiar były penetrowane za pomocą zaostrzonego przedmiotu. Najprawdopodobniej zastruganego trzonka od szczotki, nasączonego emulsją do czyszczenia mebli. Penetracja następowała dopiero po śmierci, a jej przyczyną był prawdopodobnie strzał w serce. Detektywi prowadzący śledztwo są przekonani, że mają do czynienia z seryjnym mordercą, który zabójstw dokonuje na tle seksualnym. Ale sytuacja zaczyna się zmieniać, kiedy okazuje się, że kolejne ofiary przed śmiercią były maltretowane, jakby mordercy coraz bardziej zaczynało podobać się to, co robi i nie wystarczało mu, że zadaje tylko śmierć. Chce patrzeć na cierpienie swoich ofiar. Jednocześnie w Nowym Jorku działa pewna firma, będąca z pozoru tylko serwisem randkowym, a w rzeczywistości trudniąca się pewnym nielegalnym interesem. Czy jej działalność jest w jakimś stopniu powiązana z torsowym mordercą, jak nazwała go prasa?

 

Odpowiedzieć na to pytanie będzie się starała trójka detektywów: Qiunn, Pearl i Fedderman. Już od dawna nie pracują w policji, ale są zawsze gotowi z nią współpracować, gdy tylko poprosi o to Renz, szef nowojorskiej policji. Na czas śledztwa wynajmuje im tymczasowe biuro oraz udziela wszelkiego wsparcia, o jakie poproszą, wiedząc, że ostatecznie wszelkie poniesione koszty po skończeniu śledztwa i tak się zwrócą. W przeszłości sprawy rozwiązane prze Quinna, Pearl i Feddermana dawały mu awanse. Piął się więc dzięki nim na szczeblach policyjnej kariery ku górze. Detektywi oczywiście dochodzą do wniosku, że torsowy morderca i portal randkowy E-kstaza.org są ze sobą powiązane. To idealna przykrywka dla biznesu trudniącego się eliminowaniem jednych ludzi, a na ich miejsce wprowadzaniem innych – zamożnych, mających problemy z prawem, takich, które z jakichś powodów chciałyby zniknąć.

 

Wszystkie książki Johna Lutza cechuje swoista powtarzalność. Wszystkie dzieją się w Nowym Jorku, są o tej samej trójce detektywów, która zawsze ma do czynienia z seryjnym mordercą. O ile bohaterowie i miejsce akcji mogą być oczywiście atutem, o tyle schematyczność kryminalnej intrygi może czytelnika po prostu nużyć. Czytając Lutza po raz pierwszy odczuwa się dreszczyk emocji, ale każda kolejna lektura, w której ponownie mamy do czynienia z seryjnym mordercą, najzwyczajniej zaczyna nudzić, a autor nie jest wstanie czytelnika już niczym zaskoczyć. Reasumując: John Lutz jako autor na jeden raz – tak, na więcej – niestety nie.

Zbrodnia w Sandomierzu

Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski

Kiedy Zygmunt Miłoszewski obwieścił, że nie chce już pisać kryminałów, wielu czytelników z pewnością zareagowało zdziwieniem pomieszanym z zawodem. Co zrozumiałe, bo jak może nie dziwić fakt, iż w dobie popularności gatunku kryminalnego – w dodatku w dobie popularności własnej twórczości kryminalnej – pisarz decyduje się zaniechać nieodwracalnie (?) pisanie kryminałów? Natomiast zawód przeżyje każdy czytelnik, który chociaż raz w swoim czytelniczym życiu zetknął się z Teodorem Szackim. Ale jak to? Nigdy więcej prokuratora Szackiego? Co również jest zrozumiałe. Miłoszewskiemu udało się bowiem wykreować postać wyjątkową, a zarazem uszytą z wykroju dobrze znanego, czarno-kryminalnego. Ten urzędnik państwowy – jak Szacki sam o sobie często myśli i mówi – jest jednak dosyć sprytny. Kiedy o podobnych mu bohaterach możemy powiedzieć, że kierują się własnym kodeksem moralnym, to o Szackim możemy powiedzieć tyle, że pod prywatny kodeks moralny dopasowuje kodeks… prawny. Z wirtuozerią żongluje paragrafami tak, aby dopiąć swego. To pokazuje, jak relatywny może być wymiar sprawiedliwości.

 

Ale „Ziarno prawdy” to nie tylko Szacki. To nawet nie przede wszystkim kryminał, więc mówiąc szczerze, mnie obwieszczenie autora w ogóle nie dziwi i nie zawodzi. Zygmunt Miłoszewski w „Ziarnie prawdy” rozprawia się przede wszystkim z polskimi wadami – ale nie tylko polskimi. Intryga kryminalna, przesympatyczna – choć może nie dla wszystkich – postać prokuratora Szackiego, są tylko pretekstem do bardzo realistycznego ukazania naszej współczesności i jej trafnego, niepozbawionego sarkazmu i humoru, skomentowania. Cokolwiek autor napisze – horror, romans, czy dramat – ja będę czytała z zaciekawieniem. Miłoszewski komentuje rzeczywistość na kilka sposobów. Pierwszą strategię mamy już uwidocznioną na samym początku, w pierwszym akapicie. Autor używa bowiem zasady kontrastu – przywołując wydarzenia na świecie, kontrastuje je ze zdarzeniami z Polski i prowincji, którą symbolizuje Sandomierz. Przy okazji pokazuje jak się ma skala makro, do skali mikro. Kiedy na świecie dzieją się rzeczy ważne, w małym Sandomierzu, gdzie życie płynie powoli, sennie i spokojnie, wydarzeniem staje się kradzież telefonu komórkowego w szkole. Tudzież istotną wiadomością staje się wzmianka pogodowa.


Ale oczywiście w komentowaniu otaczającej rzeczywistości wiedzie prym sam Teodor Szacki, który wypowiada swoje myśli na głos, a czasem relacjonuje je nam narrator. W małym Sandomierzu, jak w soczewce, skupiają się wszelkie grzechy polskości: odwieczna ksenofobia, której konsekwencją wielokrotnie były pogromy, powierzchowny katolicyzm i głupi patriotyzm, zbudowany na poczuciu wielkości i metaforycznych trupach. Miłoszewski punktuje także polską zawiść, a polską mentalność określa cudowną paralelą w postaci słowa „żółć”. Ale zaraz. Czy to przypadkiem też nie są stereotypy? Czy to nie jest stereotypowe myślenie wykształconego Polaka o mniej wykształconych, często zabobonnych, innych Polakach? Oczywiście jest. Gdyby Miłoszewski na tym poprzestał, „Ziarno prawdy” można by było uznać za jednostronny głos i z łatwością uplasować tę powieść po jednej stronie barykady, prawdopodobnie lewej. Miłoszewski jednak, mimo że wyraźnie bliżej mu do lewej strony, unika stereotypowego myślenia i jakiegokolwiek fanatyzmu, zdając sobie sprawę, że fanatyzowanie po którejkolwiek ze stron jest szkodliwe i prowadzi do fałszu. Toteż obok krytyki polskiej ksenofobii, antysemityzmu, małomiasteczkowego patriotyzmu, mamy tu także postawioną w negatywnym świetle postać pewnego dziennikarza, który z wydarzeń w Sandomierzu pragnąłby uczynić materiał na artykuł o „Polakach żydożercach”. Miłoszewski tropi absurdy polskiej rzeczywistości, ale każdemu daje szansę wybrzmieć w całej swej okazałości, toteż mamy tu na przykład nowoczesnego patriotę, gardzącego „czarną mafią”, ale z lubością pielęgnującego w sobie antysemityzm. Jest to kolejny dowód na to, jak we współczesnym świecie doszło do wymieszania się różnych postaw i poglądów. Efektem tego jest właśnie owa hybryda nowoczesnego patriotyzmu, nienawiści do kleru i jawnej niechęci do Żydów. W tym miejscu należy wspomnieć, że na szczególną uwagę w książce zasługuje rozmowa Szackiego z lubelskim rabinem, która pokazuje, że nie tylko Polacy mają licencję na budowanie własnej tożsamości na martyrologii. „Ziarno prawdy” jest więc w pewnym sensie satyrą, która piętnuje pewne postawy, ale jednocześnie zwraca uwagę na fakt, że ksenofobia i chory patriotyzm jest ogólnie cechą ludzką, nie koniecznie charakterystyczną tylko dla danej narodowości. Wszak: „Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka: wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka”. Niemniej jest to swoistego rodzaju lustro, w którym polski czytelnik powinien się przejrzeć i zreflektować. Swoją drogą, tak zupełnie na marginesie, w kontekście ostatnich wydarzeń popularność „Ziarna prawdy” w Polsce wydaje się być w pewnym sensie paradoksem. Czyżbyśmy nie czytali ze zrozumieniem?

 

Niemym bohaterem powieści Zygmunta Miłoszewskiego jest z całą pewnością Sandomierz. Z jednej strony miasto posłużyło autorowi do nakreślenia małomiasteczkowej specyfiki i atmosfery, gdzie wszyscy wszystkich znają. Przekonuje się o tym Szacki, kiedy o jego romansie z Klarą wie niemal każdy. W Warszawie, gdzie większość ludzi jest dla siebie anonimowa, być może to by nie przeszło. Tutaj natomiast wieści i plotki rozchodzą się szybko. Ale nie da się ukryć, że nadwiślańskie miasteczko zostało tu ukazane również z dużą dozą sympatii, w końcu Szacki sam je sobie wybrał, marząc o spokojnym życiu na prowincji. Sandomierz ukazany został również – poza małymi zamierzonymi nieścisłościami – z dbałością o topograficzne szczegóły, toteż czytelnik pragnący w Sandomierzu ruszyć literackim szlakiem wytyczonym przez Miłoszewskiego, z pewnością z łatwością odnajdzie wszystkie ważniejsze miejsca z książki.

 

Do samej intrygi, która sprawia wrażenie pretekstu, można mieć kilka zastrzeżeń. Ale nie będę się o nich rozwodzić, bo to nie ona jest tu najważniejsza. Najważniejszy jest realizm i komentarz do otaczającej rzeczywistości. Podsumowując, użyję sformułowania, które chyba jeszcze w żadnej mojej recenzji nie padło: „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego to najlepszy kryminał jaki w życiu czytałam. Nie tylko bardzo trafia w mój gust, ale jest również świetnie pomyślany i zaangażowany. Zaangażowany w demaskowanie przejawów braku myślenia. Polecam bardzo gorąco!

Powrót do Lipowa

Z jednym wyjątkiem - Katarzyna Puzyńska

Kiedy niespełna rok temu recenzowałam debiutancką książkę Katarzyny Puzyńskiej, nawet przez myśl mi nie przeszło, że w tak szybkim czasie, bo po niespełna roku właśnie, będę miała możliwość przeczytania już czwartej części cyklu o mieszkańcach Lipowa. Katarzynę Puzyńską porównywałam wówczas do Agathy Christie i Stephena Kinga, zwracając uwagę, że Puzyńska również pisze o sekretach małych społeczności. Pisałam także, iż pierwszym słowem, które nasuwa mi się, kiedy myślę o powieści Katarzyny Puzyńskiej, jest: rozmach. Po roku czasu, ponownie wracając do Lipowa, mogę powiedzieć to samo. Z tym że porównanie do Stephena Kinga, jak i słowo: rozmach, mają teraz szersze znaczenie. Katarzyna Puzyńska pisze bowiem powieści z rozmachem dorównującym pisarskiej aktywności Kinga, który podobnie jak nasza autorka, wydaje średnio dwie książki na rok. W 2014 roku Puzyńska wydała nie tylko „Motylka”, ale również „Więcej czerwieni”. Rok 2015 to premiery „Trzydziestej pierwszej” oraz „Z jednym wyjątkiem”, a to podobno jeszcze nie koniec, bo na stronie autorki znajdziemy informację, że pod koniec tego roku ukaże się również piąta część cyklu, czyli „Utopce”. Moją recenzję „Motylka” znajdziecie tutaj: Sekretne życie mieszkańców Lipowa, a tymczasem, czekając na piątą cześć, zapraszam Was do przeczytania omówienia czwartej części, czyli „Z jednym wyjątkiem”.

 

Pierwszą różnicą, która od razu rzuca się nam w oczy, kiedy porównujemy „Z jednym wyjątkiem” do „Motylka” (porównuję do „Motylka”, ponieważ kolejnych części nie czytałam), to w mniejszym stopniu zwracanie przez autorkę uwagi na koloryt małej miejscowości, a koncentrowanie się na samych bohaterach oraz intrydze. W „Motylku” mieliśmy różnorodny przekrój społecznościowy. Natomiast przeniesienie w „Z jednym wyjątkiem” punktu ciężkości na intrygę, skutkuje tym, że wciąż przedstawia się nam kolejne punkty prowadzonego śledztwa, a bohaterami, o których się nam ciągle opowiada, są właśnie osoby bezpośrednio zamieszane w śledztwo.

 

Zważywszy na fakt, że autorka z wykształcenia jest psychologiem, ktoś nie czytający jeszcze jej książek, mógłby pomyśleć, że jej bohaterowie są psychologicznie pogłębieni. Tymczasem Katarzyna Puzyńska wcale tego nie robi. Oczywiście wykorzystuje wiedzę psychologiczną, ale w zupełnie inny sposób. Jej bohaterów nie trapią żadne głębokie problemy egzystencjalne, nie mają wielkich dylematów, ale za to są utkani z cech i problemów zwyczajnych ludzi i może dlatego tak łatwo się z nimi identyfikować i o nich czytać. Bohaterowie Katarzyny Puzyńskiej doświadczają takich uczuć jak miłość, samotność, smutek po stracie kochanej osoby. Wśród nich prym oczywiście wiedze Klementyna Kopp, sześćdziesięcioletnia pani komisarz, która już fizycznie jest dość oryginalna: tatuaże na ramionach, krótko ostrzyżone włosy, a do tego język, bo on również buduje tę postać. Klementyna Kopp wypowiada się bełkotliwie (o ile literacko jest to ciekawy zabieg, to zastanawiam się, czy przypadkiem nie byłaby to trudność, gdyby ktoś kiedyś zechciał postać nietypowej komisarz przenieść na ekran) i z charakterystyczną manierą, w której nieodłącznie króluje słówko: Ale! Postać Klementyny Kopp to także przełamanie tabu wokół osób starszych i homoseksualnej orientacji. Jednocześnie Klementyna będąc osobą niezwykle wyzwoloną i niezależną, miewa czasami refleksje związane z upływem czasu i starzeniem się. W jej krótko ostrzyżonej głowie pojawia się od czasu do czasu myśl, czy aby nie jest za stara. Za stara na: pracę w policji, miłość – w jej sercu od lat jest miejsce tylko dla jednej kobiety, Teresy. Chociaż być może w tej kwestii się coś zmieni… Pewne natomiast jest to, że jeszcze ktoś się w życiu Klementyny pojawia: mały czarny kot, który powoli zdobywa nie tylko jej serce, ale przejmuje jej domowe terytorium, w którym dotąd rządziła tylko Klementyna. Sceny, w których pani komisarz jest sam na sam z małym kotem, czyta się przednio. Osobom, które czytały wcześniejsze części, chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego.

 

Jeśli chodzi o intrygę, to w porównaniu z „Motylkiem” jest bardziej finezyjna, ale podobnie jak w debiucie Puzyńskiej, tutaj również mamy zadawnione sprawy z przeszłości, sięgającej dziewiętnastego wieku. Oto morderca, który ponownie pojawił się w okolicach Lipowa, zabija swoje ofiary według schematu rozgrywki szachowej mistrza szachowego Adolfa Anderssena. Policjanci z Lipowa przy ofiarach znajdują planszę do gry oraz szachy rozstawione według „nieśmiertelnej partii” jaką Anderssen rozegrał w 1851 roku z Lionelem Kieseritzkym. Intryga kryminalna snuje się na wielu przestrzeniach czasowych. Przede wszystkim w teraźniejszości, ale mamy także kadry z dziewiętnastego wieku oraz z czasów Polski Ludowej, gdzie przewija się pewien wątek związany z ówczesnym systemem politycznym. W tym aspekcie Katarzyna Puzyńska trochę przypomina Annę Klejzerwowicz, a zwłaszcza jej „List z Powstania” oraz „Medalion z bursztynem”.

 

Atutem powieści Katarzyny Puzyńskiej są bohaterowie, z którymi zżywamy się niczym z bohaterami ulubionego serialu. Ale oprócz tego bohaterowie służą Puzyńskiej do… budowania napięcia i przykuwania uwagi. Bardziej niż intryga, frapują nas ich sprawy osobiste i problemy. Autorka to wykorzystuje, bo co jakiś czas tylko nieznacznie zarysowuje pewne wątki, a potem odwleka ich wyjaśnienie. Skoro bohaterowie są serialowi, to nie mogło również zabraknąć serialowego zakończenia, czyli ucięcia akcji w najciekawszym momencie: Klementynie kroi się nowa sprawa kryminalna (ale nie tylko), sekret pewnego prokuratora zostaje nieodgadniony, a Daniel Podgórski ma pewien nierozwiązany dylemat. Wystarczy, aby z niecierpliwością czekać na kolejny tom, który na szczęście niebawem.

Tajemnica Wyspy Ptaków

Pustułka - Katarzyna Berenika Miszczuk

Wielokrotnie już o tym wspominałam, że bardziej gustuję w kryminałach, których proweniencji należy upatrywać w nurcie noir, niż w klasycznej zagadce spod znaku Agathy Christie. Nie oznacza to jednak, że nie doceniam wkładu angielskiej pisarki w historię gatunku oraz rozrywkowych walorów jej powieści. Z tego względu równie chętnie przyglądam się jej kontynuatorom oraz twórcom nawiązującym i wykorzystującym motywy z rekwizytorium matki powieści kryminalnej. Zwłaszcza, że przypuszczam, iż z technicznego punktu widzenia klasyczny kryminał, w którym zagadka pełni funkcję nadrzędną, pisze się trudniej, niż kryminał, w którym pierwsze skrzypce grają na przykład aspekty psychologiczne, czy społeczne. Autor sięgający po pióro – choć bardziej adekwatnie należałoby rzec: rozkładający palce nad klawiaturą – w celu stworzenia klasycznego kryminału, ma nie lada orzech do rozgryzienia. Jak tu, posługując się ogranymi motywami, zaskoczyć czytelnika, który już nie jedno widział? Jak sprawić, aby inne elementy fabuły nie zdominowały zagadki? Jak poprowadzić intrygę, aby zaciekawiała czytelnika w trakcie, a na końcu pozostawiała go z uczuciem nie zmarnowanego czasu? Takie pytania być może kłębią mu się w głowie. I na ogromny szacunek zasługuje autor, który z walki z powyższymi dylematami wychodzi obronną ręką. Do grona zwycięzców z większością powyższych dylematów z pewnością można zaliczyć również Katarzynę Berenikę Miszczuk, której kryminalny debiut zatytułowany „Pustułka” jest jednocześnie nawiązaniem do kryminału z czasów jego Złotego Wieku, jak i powieścią osadzoną współcześnie.

 

Katarzyna Miszczuk, zanim zadebiutowała kryminalnie, miała już na swoim koncie kilka powieści, w tym pierwszą („Wilk”) napisaną w wieku zaledwie piętnastu lat! Skutkuje to tym, że w trakcie lektury czytelnik czuje opanowanie warsztatu oraz logikę w konstruowaniu fabuły, która niezbędna jest zwłaszcza przy kryminale. Autor kryminału po prostu musi myśleć logicznie. Rzut oka na tytuły oraz gatunki, w których autorka już się realizowała, daje także zrozumienie faktu, dlaczego tak świetnie radzi sobie nie tylko z budowaniem napięcia, ale także tworzeniem klimatu grozy oraz z kreowaniem szaleństwa. W jej dorobku odnajdziemy bowiem powieść grozy („Druga szansa”), której akcja dodatkowo toczy się w szpitalu psychiatrycznym. Reasumując, „Pustułka” jest kryminalnym debiutem, ale dobrze podbudowanym pisarskim doświadczeniem.

 

Moją recenzję nie przypadkowo zatytułowałam: „Tajemnica Wyspy Ptaków”. Po części jest to jasny znak, w którym kierunku poszła autorka „Pustułki” (oczywiście w kierunku Agathy Christie), a po części tytuł ten idealnie oddaję atmosferę wyspy, na której osadziła akcję. Poza tym odzwierciedla wyeksponowanie zagadki, która w utworze jest najważniejsza. Ale oprócz przeniesienia punktu ciężkości z takich elementów świata przedstawionego jak bohaterowie, ich charakterystyka, fabuła, na zagadkę, Katarzynę Miszczuk z Agathą Christie łączy coś jeszcze. Jest to motyw zamkniętej przestrzeni, który ostatnio w polskich kryminałach pojawia się coraz częściej (Joanna Szwechłowicz: „Ostatnia wola”, Katarzyna Kwiatkowska: „Zbrodnia w szkarłacie”). Ostatnio także miałam okazję zaobserwować jego realizację w filmie („Ultimatum” Stevena S. Monroe’a). Abstrahując jednak od tego: oto na greckiej wyspie, należącej do rodu Spyropoulosów, zostaje zamkniętych jedenaście osób, a kolejne morderstwa tylko potwierdzają początkowe przypuszczenie, że jest wśród nich morderca. Czy będzie to nestor rodu, który nieoczekiwanie dowiaduje się, że jego kochanka będzie miała dziecko? Czy jego zazdrosna i cierpiąca na chorobę alkoholową żona? A może chory psychicznie syn, który odstawił tabletki? Wybór jest trudny, ponieważ w miarę rozwijania się akcji na wierzch wychodzą nie tylko rodzinne sekrety, ale również mroczne sprawy każdego z bohaterów. Zaczynamy podejrzewać każdego, bo każdy ma motyw. Wracając jednak do zastosowania chwytu z zamkniętą przestrzenią, należy zauważyć, że Katarzyna Miszczuk miała trochę trudniej niż jej retrokryminalne koleżanki. Umiejscawiając akcję współcześnie, musiała obejść masę dodatkowych szczegółów, aby uwiarygodnić faktyczne odcięcie wyspy od reszty świata: internet, telefony komórkowe, satelitarne, a także monitoring. Powiem tylko, że obchodzi je bardzo zręcznie. Atmosferę odcięcia potęguje także szalejący sztorm i nitki błyskawic co jakiś czas przeszywające granatowe niebo. Robi się klaustrofobicznie, nieprzyjemnie i wieje grozą, którą wzmagają nie tylko okoliczności pogodowe, ale także stopniowo ujawniane mroki mocno skrywane w duszy przez każdego z bohaterów. Nie bez znaczenia dla atmosfery – i fabuły – są również latające nad wyspą i wypełniające ją swoim trelem, pustułki. Na pochwałę zasługuje również to, że autorka dokładnie zadbała o wiarygodność opowiadanej historii nie tylko dopieszczając każdy niuans, który mógłby budzić wątpliwość, ale także wiarygodnie opisując procesy pośmiertne zachodzące w ciele ludzkim. Nic dziwnego skoro zasięgała na ten temat fachowej porady, o czym wspomina w podziękowaniach.

 

Na koniec kilka słów na temat samej intrygi. Oczywiście mamy stopniowo uwalniane napięcie, bohaterów, z których każdy ma powód, aby zabić, idealne wykorzystanie motywu zamkniętego pokoju, ale finał intrygi dla czytelników oczytanych w kryminałach spod znaku Christie może okazać się przewidywalny. W finale zabrakło po prostu mocnego twista, który czytającego wbiłby w fotel. Przewidując zakończenie, bardzo liczyłam na to, że autorka jednak utrze mi nosa, pokazując, że mordercą jest zupełnie ktoś inny.

 

Niemniej całość prezentuje się bardzo zgrabnie, logicznie, konsekwentnie i zrównoważenie, co świadczy o panowaniu nad pisanym tekstem. „Pustułkę” odkładam na półkę z myślą, że oto mam kolejną ulubioną autorkę kryminałów, jednocześnie licząc na to, że następna kryminalna odsłona Katarzyny Bereniki Miszczuk nie tylko zachwyci mnie precyzją, ale rozwiązaniem zagadki mocno wbije w fotel.

Wirus zła

Siewcy strachu - Gregg Olsen, Jan Hansel

Biografie seryjnych morderców to temat pociągający ludzi z wielu dziedzin. Psychologowie i śledczy interesują się nim ze względów zawodowych – im więcej wiedzą na temat psychiki i warunków, w których wychowywał się morderca, tym mają większą szansę na zidentyfikowanie go oraz powstrzymanie przed kolejnymi zabójstwami. Na przestrzeni wielu lat badań udało się wyodrębnić pewne wzorce zachowań charakterystycznych dla osób o skłonnościach morderczych, toteż wydawałoby się, że praca śledczych przebiega w oparciu o wszelkie dostępne metody identyfikacji. Tymczasem co jakiś czas pojawiają się mordercy, których wzorzec postępowania odbiega od opisanych norm i należy wówczas uzupełniać obecny stan wiedzy. Takim przypadkiem był z pewnością Ted Bundy, który w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku wstrząsnął Stanami Zjednoczonymi, dopuszczając się morderstw na młodych kobietach. Prawdopodobnie zmienił także mentalność ówczesnego społeczeństwa, które nie spodziewało się zagrożenia od osoby niepełnosprawnej, lub potrzebującej pomocy, a na takie zwykle kreował się Bundy, wabiąc swoje ofiary.

 

Odrażające życie seryjnych morderców pociąga i inspiruje także twórców literackich i filmowych. Powstają filmy oraz książki oparte na faktach z życia morderców. Ale tego typu wytwory kultury nie miałyby racji bytu, gdyby nie sięgał po nie z chęcią czytelnik lub widz. Lubimy takie lektury i filmy, bo lubimy się bać. Zaspokajają również naszą potrzebę zajrzenia za kulisy zła, a fakt, że opisywane zdarzenia miały miejsce, jeszcze bardziej na nas oddziałuje. Nie jest jednak łatwo przenieść na ekran, bądź na stronice książki, historię seryjnego mordercy tak, aby istotnie zaciekawiła widza lub czytelnika. Przekonałam się o tym oglądając „Zodiaka” oraz „Siwowłosego”. Pierwszy opowiada historię Zodiaka, czyli seryjnego mordercy dokonującego licznych zbrodni w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Zodiak do dziś nie został zidentyfikowany i schwytany. Drugi dotyczy Alberta Fisha okrutnego mordercy dzieci, działającego w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Oba filmy starają się dość szczegółowo odwzorować faktyczne wydarzenia, co według mnie nie do końca się sprawdza, ponieważ widz czy czytelnik oczekuje wciągającej historii, a dokładne przeniesienie biografii na ekran nie zawsze ten wymóg spełnia.

 

Co więc można zrobić, aby gotowy scenariusz, jakim jest biografia seryjnego mordercy, stał się wciągającą historią? Można wyłuskać z biografii niektóre wątki i stworzyć zupełnie nową opowieść, przy okazji nadając jej sensowne przesłanie tak, aby nie stała się jedynie suchą relacją z życia mordercy, zaspakajającą jedynie ciekawość dotyczącą jego postaci. Taką właśnie strategię obrał Gregg Olsen w powieści „Siewcy strachu”. Drugoplanowym bohaterem (chociaż określenie antybohater lepiej tutaj pasuje) opowiadanej przez niego historii jest Ted Bundy. Natomiast na pierwszym planie mamy osoby, na których Bundy odcisnął swoje piętno: ofiary, rodziny ofiar, jego bliscy oraz postacie wyraźnie nim zafascynowane. Olsen przenosząc punkt ciężkości z osoby seryjnego mordercy na ludzi, w których życie Bundy wdarł się niczym podstępny, złośliwy i infekujący psychikę wirus, roztacza przed czytelnikiem całą paletę konsekwencji, jaką jego wtargnięcie wywołało. Pośrednia lub bezpośrednia obecność Bundy’ego w życiu poszczególnych bohaterów staje się ich wspólnym przeżyciem, które determinuje ich los. Jest to opowieść o matce dziewczyny prawdopodobnie zabitej przez Bundy’ego; opowieść o siostrze ofiary Bundy’ego, o jego synu, a także o chorej kobiecie zakochanej w nim bez pamięci.

 

Historię opowiada nam wszechwiedzący narrator, który snuje swoją opowieść obiektywnie i z reporterską starannością. Tempo jest spokojne i pozbawione zwrotów akcji. Mamy wrażenie, że autor do perfekcji opanował technikę panowania nad tekstem i pojedynczym słowem. Nawet nie spostrzegamy się, kiedy jesteśmy w momencie, w którym mamy czterech potencjalnych morderców, a każdy ma motyw i… piwnicę, w której mógłby przetrzymywać ofiarę.

 

„Siewcy strachu” jest próbą odpowiedzi na pytanie skąd biorą się seryjni mordercy i co ich kształtuje. Udzielając odpowiedzi, autor zdaje się mówić, że zło wyrządzone przez mordercę jest jak złe ziarno, które kiełkuje, a potem wydaje owoce. Jest to proces powtarzalny i przewidywalny, jak zmieniające się pory roku. Jest jak wirus, który natrafiwszy na dogodne warunku, przenosi się na innych. Mimo że z powieści Olsena nie dowiemy się niczego nowego na temat Teda Bundy’ego, ani na temat motywacji seryjnych morderców, to „Siewców strachu” warto przeczytać, ponieważ perspektywa ukazująca spektrum przeżyć osób powiązanych z seryjnym mordercą jest sugestywna i niezwykle frapująca.

Bohater szarej codzienności

Piąty beatles - Mariusz Czubaj

Z przyjemnością sięgam po książki sprzed kilkudziesięciu lat, zwłaszcza te, w których autor zadbał o realizm. Czytelnikom współczesnym pisarzowi z pewnością nie zaprzątały głowy niuanse w rodzaju aktualnych trendów modowych, wystroju wnętrz czy przedmiotów codziennego użytku, ponieważ składały się na ich codzienność. Natomiast odbiorca, którego od autora dzieli znaczny dystans czasowy, właśnie w owych niuansach odnaleźć może klimat i charakter epoki. Agathę Christie czytamy przecież nie tylko dla zaskakujących rozwiązaniem zagadek kryminalnych, lecz także – by poczuć klimat międzywojnia i lat powojennych. Zmysł obserwacji i umiejętność wyłapywania tego typu niuansów to niezwykły dar, zwłaszcza u pisarza. Ów zmysł z całą pewnością posiada Mariusz Czubaj, co po raz kolejny udowodnił w najnowszej powieści zatytułowanej "Piąty beatles", którą za kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat prawdopodobnie będzie się czytać jako świadectwo naszych czasów, bo klimat współczesności jest tu silnie obecny.

 

"Piąty beatles" to czarny kryminał mocno osadzony w polskich realiach, z których autor wydobywa nie tylko to, co najbardziej charakterystyczne, lecz także wszelkie możliwe absurdy. Świat przedstawiony utworu wydaje się na wskroś rzeczywisty, ponieważ pisarz tka go z bieżących doniesień medialnych, szczegółów pogodowych oraz wydarzeń, które naprawdę miały miejsce w kraju nad Wisłą. Ma on tak sugestywną moc, że podczas lektury niejednokrotnie można odnieść wrażenie, iż Rudolf Heinz – główny bohater – istnieje naprawdę i faktycznie przemierza trasy między Piłą, Berlinem, Pomorzem… oraz prowadzi śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci syna jednego z biznesmenów. Jednocześnie spod powieściowego realizmu wypływa drobna kropla melancholicznego smutku. Współczesność jest tu bowiem kontestowana. Kontestacja ta najpełniej uwidacznia się właśnie w konstrukcji postaci Rudolfa Heinza, ale o tym za chwilę. Autor nie tylko dostrzega wszelkie nowinki technologiczne, łącznie z portalami społecznościowymi, lecz także w pośredni sposób manifestuje swoją niechęć do nich. "Piąty beatles" jest więc opowieścią o przemijaniu i wkraczaniu nowego oraz niemożności pogodzenia się z otoczeniem czy odnalezienia się w nowej rzeczywistości, co również znajduje swoje odzwierciedlenie w postaci Heinza.

 

Sama opowieść natomiast zbudowana została za pomocą schematu, który mnie, jako fance serialu "True Detective", spodobał się ogromnie. Główny tok narracji inkrustowany jest fragmentami, w których widzimy Heinza podczas przesłuchania. Niczym w serialu bohater siedzi przed przesłuchującymi go funkcjonariuszami i relacjonuje przebieg niedawno prowadzonego przez siebie śledztwa. Podobnie jak w filmie, odpowiedzi profilera są cięte i błyskotliwe. W prologu natomiast następuje przeskok czasowy, którego sens zostanie wyjaśniony dopiero w końcowych partiach powieści.

 

Jeśli chodzi o realizm powieściowy, to należy nadmienić, że został on także zachowany na poziomie prowadzonego śledztwa. Autorowi nie jest obca znajomość procedur, terminologii oraz charakterystycznego języka, którym posługują się policjanci. Realizm widoczny jest także w przebiegu samego śledztwa. Jedynie w filmach i klasycznych powieściach kryminalnych detektyw szybko rozwiązuje zagadkę. Natomiast w powieści Mariusza Czubaja jest ona bliżej życia i tym samym nosi znamiona autentyczności.

 

I wreszcie, last but not least, Rudolf Heinz. Komisarz i policyjny profiler, który jest typem z trochę innej epoki. Po godzinach, zamiast sprawdzać portale społecznościowe czy aktualne programy telewizyjne, udziela się w zespole muzycznym. Sprawia wrażenie człowieka, który z chęcią wróciłby do czasów, w których królowali Beatlesi. Odklejony od współczesnej rzeczywistości – trochę sobie z nią nie radzi, co niejednokrotnie wywołuje u czytelnika uśmiech sympatii. Na końcu jednak czytającemu wcale nie jest do śmiechu, bo historia okazuje się – przynajmniej do pewnego stopnia – tragiczną opowieścią o ludzkim losie. Heinz to w pewnym sensie romantyk: nie tyle skłócony wewnętrznie, ile ironicznie postrzegający otaczającą go rzeczywistość.

 

Jeśli jeszcze nie znacie książek Mariusza Czubaja, to koniecznie musicie je poznać. To coś więcej niż kryminały, a nawet więcej niż dobre kryminały. "Piąty beatles" jest wręcz genialny. Gorąco polecam.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Literatkach: Bohater szarej codzienności

Mario Ybl jest najważniejszy

Wszyscy ludzie przez caly czas - Guzowska Marta

Kiedy myślimy: Grecja, oczami wyobraźni widzimy skąpane w słońcu plaże, błękitne niebo, lazurową wodę mórz sąsiadujących z lądem oraz antyczne budowle. Jeśli oglądamy serwisy informacyjne, to o Grecji możemy także pomyśleć w kontekście politycznym. Natomiast będąc po lekturze książki Marty Guzowskiej „Wszyscy ludzie przez cały czas”, dostarczymy naszej wyobraźni kolejnych bodźców. Grecja nie będzie już tylko rajem z folderu turystycznego jakiegoś biura turystycznego, czy krajem pogrążonym w kryzysie finansowym, ale zacznie nam się jawić także jako mroczna przestrzeń, godna uwiecznienia w kryminale noir. Dzieje się tak, ponieważ Marta Guzowska akcję powieści umieściła w czasie, w którym greckie wyspy nie są oblegane przez turystów, czyli w porze wiosennej. Jest chłodno, wilgotno i ponuro. Idealny czas, aby na jednej z greckich wysp zaczęła snuć się misterna fabuła kryminalna, obfitująca w zdarzenia, dzięki którym czytelnikowi zostałaby przybliżona mentalność greckiego społeczeństwa. Duży plus więc za wybór pory roku, w której dzieje się akcja.

 

Ale fabuła potrzebuje także bohaterów. Krwistych, oryginalnych i najlepiej takich, z którymi czytelnik mógłby się identyfikować, lub do których mógłby zapałać szczerą sympatią. Przy czym bohater wcale nie musi być osobą sympatyczną. Mamy więc Mario Ybla, światowej sławy antropologa, dla którego kości nie mają żadnych tajemnic. Jaki jest Mario? To ekscentryk nie szanujący norm komunikacji międzyludzkiej – opryskliwy i mówiący bez ogródek, zwykle zrażający do siebie interlokutorów. Trzeba jednak przyznać, że to oryginał wyraźnie wybijający się na tle innych bohaterów kryminalnych. Za to także należy się duży plus, bo nie jest łatwo stworzyć oryginalnego bohatera kryminalnego. Większość powieściowych detektywów – chociaż Mario wcale nie jest detektywem – jest ulepionych zazwyczaj na tę samą modłę: alkoholik z nieułożonym życiem osobistym, pracoholik, świetny śledczy. Mimo że Mario także ma problemy z alkoholem, a jego życie osobiste leży w gruzach, jak po silnym trzęsieniu ziemi, to jest coś, co go wyróżnia. Różnica tkwi w specyfice języka, którym posługuje się antropolog. Jestem przekonana, że nie jeden czytelnik bawił się przednio czytając dialogi, w które wdawał się Mario.

 

I niestety. Chociaż bardzo bym chciała, plusy ostatniej powieści Marty Guzowskiej na powyższych dwóch według mnie się kończą. Wprawdzie mamy Grecję w porze idealnej dla konwencji kryminalnej, to zupełnie nie czujemy mrocznego klimatu. Pozostaje wrażenie nie wykorzystanego potencjału. Klimat budują przede wszystkim przestrzenie i ludzie, kultywowane przez nich tradycje. Mimo że uczestniczymy w greckim pogrzebie, jesteśmy świadkami obchodów Wielkiego Tygodnia, to po lekturze książki wcale nie jesteśmy bogatsi o wiedzę na temat specyfiki tych obrządków w Grecji. Nie widzimy także uroku greckiej wyspy. Oczywiście autorka w posłowiu pisze, że: „Problem z pisaniem kryminałów polega na tym, że nie można się za bardzo zachwycać pięknem otoczenia. A problem z pisaniem kryminałów z Mariem Yblem, który opowiada historie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a do tego jest ponurym frustratem, polega na tym, że nie mogłam w tej powieści pokazać, jak bardzo kocham Grecję”, ale nie można się z nią zgodzić. Na przykład zachwyt rodzimymi górami autorów „Ślebody” jest w ich powieści tak wyczuwalny, że sugestywnie oddziałuje na czytelnika i zupełnie przeczy twierdzeniu, że w kryminałach nie można zachwycać się pięknem otoczenia. Można. Do tego w sposób w ogóle nie przyćmiewający intrygi kryminalnej. Ponadto mając nawet bohatera frustrata, mówiącego w pierwszej osobie, można przecież pokazać urok miejsca, w którym się on znajduje. Nawet jeśli będzie je opisywał z charakterystycznym sarkazmem, to inteligentny czytelnik zrozumie. Ale to tak na marginesie.

 

Natomiast Mario Ybl, mimo że reprezentuje typ bohatera kryminalnego szczególnie przeze mnie lubianego (uwielbiam antropologów, medyków sądowych i policyjnych profilerów), to nie do końca przypadł mi do gustu. Oczywiście nie chodzi mi tylko o subiektywne odczucia, ale także pewne niedociągnięcia w konstrukcji postaci. Odniosłam wrażenie, ale mogę się mylić, że w zamyśle Ybl miał być kimś w rodzaju geniusza w swojej dziedzinie. Nie łatwo jest stworzyć bohatera-geniusza, jak twierdził Arthur Conan Doyle – autor genialnego Sherlocka Holmesa, więc wiedział o czym mówi. I Mario faktycznie nie jest genialny. A przynajmniej nie udowadnia tego ani błyskotliwością, ani umiejętnościami. Słyszymy tylko, że jest najlepszym profesorem antropologii, ale nie widzimy go w autentycznej akcji. Chyba że za błyskotliwość uznamy jego złośliwości, a za autentyczne działanie znajomość nazw poszczególnych kości. Bo z dialogów tak naprawdę wypływa nie tyle humor, a zwykła złośliwości, której daleko do finezyjnego dowcipu.

 

Nie efektowna jest również intryga kryminalna. Morderca wyskakuje nam na końcu jak diabeł z pudełka, czy królik z kapelusza. Jesteśmy zdziwieni, ale nie zaskoczeni. I nie wierzymy. Motywacje morderców z reguły są niezrozumiałe dla ludzi o zdrowej psychice, ale zazwyczaj staramy się je zrozumieć poprzez czytanie kryminałów właśnie. Dzięki ostatniej powieści Marty Guzowskiej na pewno nie będziemy bliżej takiego zrozumienia. Psychologia postaci nie jest tutaj nawet powierzchowna, bo w ogóle jej nie ma.

 

Ponadto jest tu kilka spraw, które sprawiają wrażenie naciąganych, wręcz na siłę wmanewrowanych w akcję, aby ją tylko popchnąć do przodu: oglądanie zdjęć przez antropologa na miejscu, podczas gdy logika nakazywałaby przesłanie ich uprzednio mailem, aby nie wpakowywać się w niepotrzebne koszta (zwłaszcza, że finansowanie samych wykopalisk i tak nie jest szczodre); dziwna gra internetowa, którą prowadzi Karl; histeryczna reakcja Poli na wieść o tym, że Mario zamierzał pójść do łóżka z jedną z archeolożek (ta histeria jest trochę nie zrozumiała zważywszy na fakt, że uprzedni wyskok Maria z Aliki na Poli nie zrobił żadnego wrażenia)… Oczywiście ktoś mógłby mi teraz otworzyć książkę Guzowskiej na siódmej stronie i wskazać palcem motto („Nie żądam, żebyś mi wierzył. Po prostu opowiadam”). Tylko, że to nie chodzi o kwestię wiary, ale pewne złudzenie autentyczności. Autor może zabrać czytelnika nawet na księżyc i pokazywać mu tam życie jakiejś społeczności, a czytelnik wcale nie musi, a nawet nie powinien, w to wierzyć, ale powinien mieć wrażenie, że świat przedstawiony jest logiczny. Gdybym była złośliwą recenzentką, zakończyłabym w tym miejscu cytatem z książki (takim: „Możesz oszukać wszystkich przez jakiś czas, albo kilka osób przez cały czas, ale nie zdołasz oszukiwać wszystkich ludzi przez cały czas”.), ale nie jestem. Staram się tylko być uczciwym czytelnikiem, zawsze piszącym o swoich wątpliwościach.

 

Podsumowując, „Wszyscy ludzie przez cały czas” jest właściwie powieścią tylko o Mario Yblu. On tu jest najważniejszy. Czytelnicy, którzy pokochali ekscentrycznego antropologa z pewnością będą zachwyceni. Ja jednak z ciekawością przeczytałabym książkę, w której Maria byłoby mniej, więcej natomiast Grecji, archeologii (wszak autorka jest doktorką archeologii! Ależ to byłoby ciekawe!) i psychologii.

 

Na koniec jeszcze dwie uwagi techniczne. W tekście wiele razy pojawiają się wtręty w języku greckim, które nie zostały przetłumaczone, a jak mniemam, większość czytelników nie zna greckiego, więc pozostają one dla większości czytających po prostu niezrozumiałe. Krytyczne uwagi należą się także korekcie. Literówki zdarzają się nawet w najlepszych wydawnictwach, więc zazwyczaj staram się je bagatelizować. Jednak to już druga książka firmowana nazwiskiem dwóch tych samych korektorek, w której pojawiają się podobne błędy, zwracam więc na nie uwagę, kończąc tym samym moje omówienie.

O miłości, starości i przemijaniu

Pewnego razu w Moskwie - Beauvoir Simone

Czy utwór, który na długo pozostaje w pamięci czytelnika, skłaniając go do przemyśleń, musi być obszerny? Czy musi charakteryzować się wielowątkowością i szeregiem poruszanych tematów? Czy musi być pisany wyszukanym językiem? Każdy, kto czytał „Pewnego razu w Moskwie” Simone de Beauvoir z pewnością odpowie, że nie. Tekst francuskiej pisarki i myślicielki nie jest obszerny. Składa się z około stu stron. Ogniskuje się wokół jednego wątku, a ilość poruszanych tematów również jest ograniczona. Język jest prosty, niewyszukany. A mimo to „Pewnego razu w Moskwie” porusza, skłania do myślenia, niepokoi i nie daje o sobie zapomnieć. Simone de Beauvoir pisze bowiem o lękach, które tkwią w każdym z nas, mniej lub bardziej uświadomione. Dlatego tak łatwo jest się z jej prozą identyfikować i przeżywać ją, a trudno po skończonej lekturze rozstać.

 

Gatunkowo utwór autorki „Drugiej płci” spełnia wszystkie wymogi charakteryzujące nowelę. Jest nieobszernym utworem literackim o jednowątkowej fabule, pozbawionym rozbudowanych opisów krajobrazu i postaci, których w tekście jest zaledwie trzy. Dwa poruszane tematy dotyczą spraw politycznych oraz relacji międzyludzkich. Andre, zwolennik socjalizmu, przeżywa bolesne rozczarowanie ideą, kiedy znajdując się w jej epicentrum, czyli w Rosji, przygląda się jej z bliska. Ale nie kwestie polityczne są w tej noweli najciekawsze i najważniejsze, zwłaszcza, że wnioski wydają się już być przebrzmiałe i nieodkrywcze. Najistotniejsze są problemy związane z budowaniem relacji, bo są uniwersalne i ponadczasowe.

 

Przyglądamy się Andre i Nicole, starszemu małżeństwu, które wybrało się w podróż do Moskwy. Wyprawa staje się okolicznością wpływającą na kryzys między nimi. Gdyby nie pozytywne zakończenie, nowelę można by było uznać za kontestację instytucji małżeństwa, co niejako zgadzałoby się ze światopoglądem autorki. Ale ostatecznie jest to raczej opowieść o kryzysie małżeńskim, niż o niepotrzebności tej instytucji. Z biegiem lat Andre i Nicole oddalają się od siebie. Okazuje się, że mur między małżonkami może wyrosnąć nie tylko z nadmiaru wypowiedzianych słów, ale także z ich braku. Andre i Nicole nie rozmawiając, nie dzieląc się swoimi przeżyciami, stają się wobec siebie chłodni, jednocześnie doświadczając tego, czym jest samotność u boku drugiej osoby. W głębi siebie jednak, o czym dowiadujemy się z ich monologów, wciąż pragną bliskości i poczucia bycia potrzebnym. Okazuje się, że różni jako mężczyzna i kobieta, mają te same potrzeby i lęki. Każde z nich ma wrażenie, że jest drugiej osobie niepotrzebne, a jednocześnie pragnie znów być potrzebnym. „Pewnego razu w Moskwie” jest zatem opowieścią o miłości, o jej różnych obliczach, o tym, że miłość zmienia się wraz z wiekiem, o tym, że jest nie tylko pasmem ciągłego zauroczenia, ale także pasmem kryzysów i kłótni, podczas których każdy z partnerów wylewa z siebie wszelkie zadawnione urazy z siłą spadającego wodospadu.

 

Wspólne długoletnie bycie ze sobą jest nie tylko próbą miłości, ale także doświadczaniem procesu przemijania. Towarzysząc drugiej osobie przez wiele lat, widzimy jak się zmienia, zarówno charakterologicznie, jak i fizycznie. Najbardziej widocznymi symptomami są oczywiście objawy fizyczne, toteż z problemem przemijania nierozerwalnie wiąże się problem starości i on także jest jednym z tematów poruszanych przez autorkę „Mandarynów”. Znamiennym jest to, że bardziej przeżywa ją Nicole. Wprawdzie Andre także odczuwa skutki starości, związaną z nią aseksualność, niemoc, zmęczenie, ale to właśnie Nicole, jako kobiecie, trudniej jest się z nią pogodzić. Tym bardziej, że psychicznie nadal czuje się młodo. Z pewnym smutkiem wspomina czas, kiedy stała się obojętna dla oczu mężczyzn. Starość to także okres, kiedy dokonuje się życiowych podsumowań dotyczących osiągnięć i porażek, to także czas zbierania plonów decyzji podjętych w młodości. Reasumuje się wówczas rozczarowania i osiągnięte sukcesy. Być może tę dłuższą nowelę Simone de Beauvoir należycie zrozumieją czytelnicy w pewnym wieku, ale radziłabym przeczytać ją również młodszym czytelnikom, bo młodość to czas, kiedy jeszcze nic nie jest przesądzone, więc warto skorzystać z refleksji zawartych w utworze.

 

Oprócz Andre i Nicole, w noweli pojawia się jeszcze jedna postać – Masza, córka Andre z pierwszego małżeństwa, która zaprosiła ojca i jego drugą żonę do siebie, do Moskwy. Jej postać nie tylko służy zawiązaniu akcji, bez jej zaproszenia małżonkowie nie odbyliby podróży, ale jest także swoistym kontrastem dla Nicole. Piękna i młoda, kiedy z satysfakcją przegląda się w lustrze, budzi w Nicole nostalgię. Kobieta jeszcze boleśniej przeżywa swój wiek, aseksualność i brak atrakcyjności. Ze smutkiem spostrzega, że Andre zalotne spojrzenia, które kiedyś zarezerwowane były tylko dla niej, kieruje teraz do swojej córki. „Pewnego razu w Moskwie” jest zatem również opowieścią o kobiecości, która zaprzężona w społeczny uzus, jako atrakcyjna jawi się tylko w połączeniu z młodością. Perspektywa czasowa, którą z wiekiem posiadła Nicole, wyraźnie jej to uświadamia.

 

Jestem już nie tylko po lekturze noweli Simone de Beauvoir, ale także w trakcie zapisywania przemyśleń po niej, a mimo to mam wrażenie, że nowela francuskiej pisarki jeszcze długo pozostanie mi w głowie, bo jest to tekst, do którego się ciągle wraca. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, trącąc nagminnie powtarzanym recenzyjnym wytrychem, „Pewnego razu w Moskwie” zmusza do refleksji. Przekonajcie się sami, sięgając po nią.