POCZYTAJNIA

...czyli blog książkowy Eweliny Dydy. Recenzje książek z wyższej i niższej półki - nowości, klasyka, literatura popularna.

Zbrodnia i powódź w Poznaniu

Komisarz Zagrobny i powódź - Maciej Dobosiewicz

„Komisarz Zagrobny i powódź”, powieść kryminalna, jak głosi podtytuł, należy do tych kryminałów, które z dbałością o szczegóły odwzorowują rzeczywistość. Autor, Maciej Dobosiewicz, podobnie jak Mariusz Czubaj w swoich powieściach, dba o wiarygodność przedstawianej historii, między innymi wielokrotnie nawiązując w swojej książce do bieżących wydarzeń.  

Rzecz dzieje się w Poznaniu w 2010 roku, kiedy powódź nawiedziła miasto. Jednak wbrew medialnym doniesieniom sytuacja wcale nie wygląda tak tragicznie. Ludzie chodzą do pracy, na zakupy, miasto po prostu dalej żyje sobie swoim rytmem, tylko w niektórych jego częściach mieszkańcy walczą z wodą. Obraz ten jest delikatnym prztyczkiem w nos wszelkich mediów, które z każdej nowinki potrafią uczynić sensacyjną, najlepiej mrożącą krew w żyłach historię, a tym samym manipulują emocjami widzów. W dalszych partiach powieści pojawia się nawet pewien niefrasobliwy dziennikarz, który również zostaje przedstawiony w nieprzychylnym świetle – z powtarzających się morderstw chce uczynić sensację, nie zważając na to, że jego działanie może zaszkodzić prowadzonemu śledztwu.

 

A trzeba przyznać, że policja, zwłaszcza komisarz Zagrobny, ma ręce pełne roboty. W piwnicach podtopionych kamienic odnajdywane są zwłoki starszych ludzi. Na początku policja uważa, że są to nieszczęśliwe wypadki. Ofiarami są osoby cierpiące na różne choroby i zachodzi podejrzenie, że śmierć wystąpiła z przyczyn naturalnych. Małe zasłabnięcie, omdlenie i starsza osoba się topi – taka jest początkowa hipoteza. Ale w miarę rozwoju akcji zgonów jest coraz więcej i wyraźnie nie są to śmierci przypadkowe, zwłaszcza że kolejna ofiara jest młoda – to dwudziestoparoletnia studentka. Zagrobny, komisarz, który śmiało mógłby już odejść na emeryturę, tropi przestępcę (bądź przestępców – do końca nie jest pewien, czy sprawcą jest tylko jeden człowiek).

 

Komisarz Zagrobny jest właściwie głównym bohaterem powieści. Cała akcja ogniskuje się wokół niego. Choć mam wrażenie, że Zagrobny na tle innych bohaterów jego pokroju nie wyróżnia się niczym szczególnym, to trzeba przyznać, iż budzi u czytelnika sympatię. Jest mistrzem… promocyjnych zakupów. Kalkuluje, porównuje i kupuje tam, gdzie mu się najbardziej opłaca. Chomikuje wszelkie gazetki promocyjne i zanim zdecyduje się coś kupić, każdą ofertę musi przeanalizować. Zdarza się, że robi zakupy na końcu miasta, bo tam mają lepszą promocję. Oczywiście oblicza przy tym koszty dojazdu… Zagrobnego poznajemy także w dwóch relacjach: z córką, z którą w doskonały sposób się dogaduje, zdradzając przy tym nieznajomość nowinek technicznych, oraz ze współpracownikami. Zagrobny stale wyżywa się na swoim podwładnym, młodszym koledze Dobosiewiczu. Wychodzi tutaj na wierzch jego niechęć do młodego aspiranta, który mógłby już go zastąpić, gdyby zechciał w końcu odejść na emeryturę.

 

„Komisarz Zagrobny i powódź” – początkowo tytuł wydaje się mało wyszukany, jakby autor nie miał na niego pomysłu. Ale kiedy czytamy, zauważamy, że właściwie powieść Dobosiewicza nie jest niczym innym, jak właśnie opowieścią o podstarzałym komisarzu i powodzi, która nawiedziła Poznań. Pośrednio natomiast otrzymujemy obraz tego miasta, z zachowaniem wszelkich szczegółów topograficznych, nawet z lotu ptaka, oraz delikatnie zarysowany obraz problemów kamieniczników, których kamienice zostały wykupione przez biznesmenów. Ci z kolei, starając się na nich zarobić, mało dbają o ich mieszkańców.

 

„Komisarz Zagrobny i powódź” jest właściwe średnim kryminałem, ani przesadnie złym, ani świetnym. Wątpliwości mogą budzić pewne szczegóły z zakresu medycyny sądowej. Nie przekonuje również kolejność pewnych fragmentów. Najpierw czytamy, że dany bohater został znaleziony martwy, a potem następuje opis jego ostatnich chwil. Z punktu widzenia budowania napięcia o wiele ciekawszym zabiegiem byłoby przedstawienie owych ostatnich chwil przed zakomunikowaniem śmierci danej osoby. Wówczas czytelnik czytałby z większym napięciem, nie wiedząc, że dana osoba niedługo zginie.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Portalu Kryminalnym: Zbrodnia i powódź w Poznaniu

Klasa i brud

Głowa Minotaura - Marek Krajewski

„(…) jest jeszcze inny świat: ciemne i ukryte rejony sadystów, ludzi obłąkanych, zdeformowanych moralnie szaleńców, oddanych brutalnym żądzom, monstrów, które wygryzają dziewicom policzki lub samogwałcą się nad kołyską własnego dziecka”. Powyższy cytat, pochodzący z „Głowy Minotaura” Marka Krajewskiego, idealnie oddaje klimat całej twórczości wrocławskiego pisarza, nie tylko powieści wydanej po raz pierwszy w 2009 roku. Czytelnicy gustujący w uładzonych i bezkrwawych kryminałach, książki Krajewskiego powinni więc omijać szerokim łukiem i szukać czegoś lżejszego kalibru. Krajewski bowiem, w wywiadach sprawiający wrażenie człowieka łagodnego i delikatnego, w twórczości pisarskiej nie zna granic. Rzeczywistość wywraca na nice, odziera ze złudzeń, schodzi w najmroczniejsze rejony miasta i ludzkiej psychiki. A wszystko po to, aby „ciemne i ukryte rejony sadystów” wywlec z mroku, nazwać i zaniepokoić nimi czytelnika. Wszak rodzaj kryminału uprawianego przez Marka Krajewskiego taki właśnie ma być. Pisarz czerpiąc z tradycji czarnego kryminału, jednocześnie tworzy zupełnie nową jakość, oryginalną i od razu z nim kojarzoną. Bo obok rudymentów, momentami wręcz kloacznej i brzydkiej strony rzeczywistości mamy przecież umiłowanie antyku, przejawiające się głównie w nawiązaniach oraz bezpośrednio: zarówno Popielski jak i Mock są wielbicielami łaciny. W powieściach Krajewskiego zazębiają i przenikają się więc dwa światy: świat, dla którego najbliższym synonimem jest klasa, wyższa sfera, erudycja (jaki współczesny policjant włada łaciną?) oraz brud, nędza moralna i fizyczna.

 

W takim świecie, w którym w niemal każdy aspekt życia wkrada się brud ciemnej strony, praktycznie nie ma bohaterów, których by ona nie dotknęła. Może z wyjątkiem Leokadii, kuzynki Popielskiego. Nawet jego dorastającej córce nie będzie dane uniknąć zła, jakie emanuje od ludzi zepsutych do szpiku kości. Skoro tak, to również nieprawdopodobieństwem jest, aby funkcjonariusze policji, którzy na co dzień obcują z mroczną stroną życia, uniknęli przesiąknięcia nią. Mock i Popielski mają ze sobą wiele wspólnego. Poza pasją do łaciny łączy ich także dionizyjski styl życia: wino, kobiety i śpiew. Ale połączy ich także coś więcej.

 

„Głowa Minotaura” jest pierwszą powieścią, w której pojawia się postać Edwarda Popielskiego. Wcześniej sympatią czytelników cieszył się Eberhard Mock, stanowiący właściwe niemalże lustrzane odbicie Popielskiego. Oczywiście charakterologicznie, bo fizycznie obaj panowie się nieco różnią. Aby wprowadzić postać Edwarda, Krajewski „podsunął” Mockowi śledztwo, którego wątek sięga aż do Lwowa, miasta, w którym pracuje Popielski. Śledztwo dotyczy makabrycznych morderstw dokonywanych na kobietach. Jaka nieludzka postać – bo chyba tylko potwór mógłby się takich czynów dopuścić – morduje dziewice i okalecza ich twarze wygryzając policzki? Na to pytanie będą się starać odpowiedzieć Mock i Popielski.

 

Obu policjantów połączy więc wspólna praca. Będziemy się przyglądać metodom ich pracy oraz obserwować jak kiełkuje między nimi męska przyjaźń. Obaj panowie będą mieć także wspólne sekrety, które dotyczyć będą bynajmniej nie tylko eskapad do domów publicznych. „Głowa Mintaura” jest właściwie powieścią, w której nie tylko poznajemy Popielskiego, ale jesteśmy także świadkami jego inicjacji. Śledztwo prowadzone wspólnie z Mockiem, zmienia go. Metody, które zaczyna stosować nijak się mają do proceduralnej pracy policjanta. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, powiem tylko, że na końcu Popielski stanie się niemalże wzorcowym bohaterem czarnego kryminału, czyli twardzielem z własnym kodeksem moralnym, wymierzającym sprawiedliwość nie zawsze zgodnie z obowiązującym prawem, lecz z własnym poczuciem sprawiedliwości.

 

Powieści Marka Krajewskiego, oprócz elementów turpistycznych, epatowania brzydotą (fizyczną i moralną), zawierają także mnogość elementów sprawiających, że czyta się je jak świadectwa czasów, w których dzieje się akcja. Co niewątpliwie jest atutem, zważywszy na fakt, że autor jest przecież współczesny. Biorąc do ręki którąkolwiek powieść Krajewskiego, czytelnik może być pewien, że każda naznaczona jest niepisanym, umownym znakiem jakości. Nazwisko wrocławskiego autora jest bowiem swoistą marką, pod którą kryje się dopieszczenie każdego szczegółu. Nic dziwnego skoro autor w kwestiach obyczajów, medycznych, językowych i wielu innych, z których składa się całościowy obraz powieści, korzystał z porad fachowców danej dziedziny. Nie inaczej jest także w przypadku „Głowy Minotaura”. Towarzysząc niejako Popielskiemu i Mockowi, czujemy klimat przedwojennego świata, przedstawionego niezwykle sugestywnie i tym samym oddziaływującego na odbiorcę. Bohaterowie nie tylko posiłkują się specjałami ówczesnej kuchni, nie tylko przemierzają przestrzenie topograficznie zgodne z ówczesną rzeczywistością, ale używają także dialektu lwowskiego.

 

Z twórczości Marka Krajeskiego ponadto wypływa również pewien morał: zło miewa nie tylko brzydką, naturalistyczną postać, ale zalęgnąć może się również w świecie wyższych sfer. Nie zawsze jest złe, to co jest brzydkie. Za młodą i piękną twarzą mogą się kryć najgorsze ludzkie namiętności. Jest to tym gorsze, bo stwarza pozory i złudzenia. Krajewski zdziera maski i pokazuje kloaczność ciemnej strony rzeczywistości w czystej postaci.

 

Jeśli jeszcze nie poznaliście twórczości naszego czołowego kryminalisty, to najwyższy czas to nadrobić. Pamiętajcie jednak, że sięgając po powieści Krajewskiego, musicie być gotowi na mocne wrażenia, które dla jednych mogą okazać się atutem, dla innych już niekoniecznie. Ja zdecydowanie należę do pierwszej grupy i z niecierpliwością czekam na najnowszą książkę pisarza, jak i lekturę poprzednich.

„Zbrodnia w szkarłacie”, czyli wyciągamy trupa z szafy

Zbrodnia w szkarłacie - Katarzyna Kwiatkowska

Dyskutując na temat współczesnej literatury kryminalnej, wielokrotnie zetknęłam się ze stwierdzeniem, iż współczesne kryminały intrygę kryminalną traktują dość swobodnie. Zagadka bywa jedynie pretekstem do wysuwania poza kryminalnych tez, bądź stawiania diagnoz współczesnemu społeczeństwu, czy nadmiernego psychologizowania. Trudno nie zgodzić się z powyższymi stwierdzeniami. Ale mój sprzeciw pojawia się zawsze, kiedy owym stwierdzeniom towarzyszy pejoratywne zabarwienie. Nie mogę się bowiem zgodzić z tym, iż używanie zagadki jako pretekstu jest wyrazem braków warsztatowych i nieumiejętności skonstruowania trzymającej w napięciu intrygi. Z czytelniczą ekscytacją pochłaniam więc zawsze kryminały z rozbudowanym wątkiem psychologicznym, warstwą społeczną i wszelkimi diagnozami naszej współczesności. Abstrahując jednak od wyrokowania czy lepszy jest klasyczny kryminał, w którym najważniejszą rolę odgrywa zagadka (kto zabił), czy kryminał ocierający się o powieść psychologiczną, obyczajową itd. (dlaczego zabił), należy zauważyć, że zarówno autorzy, jaki i wydawcy, wychodzą ostatnio również naprzeciw gustom tych czytelników, którzy gustują w kryminałach klasycznych, spod znaku Christie i Conan Doyle’a.

 

Współczesne kryminały, naśladujące wzorce wypracowane przez klasyków gatunku, mają wiele cech wspólnych. Przede wszystkim operują chwytami i motywami, które owi klasycy stosowali z upodobaniem. Takim najbardziej znanym motywem jest zagadka zamkniętego pokoju. Kolejną wspólną cechą naśladowców Christie i Doyle’a jest umieszczanie akcji w przeszłości (czy to naprawdę konieczne?), dlatego ich powieści zwykło się określać mianem kryminałów retro. Ostatnio miałam przyjemność czytać taki kryminał autorstwa Joanny Szwechłowicz, tym razem w moje ręce wpadła „Zbrodnia w szkarłacie” Katarzyny Kwiatkowskiej, którą sam wydawca w nocie okładkowej określa mistrzynią intrygi w stylu Agathy Christie. Ale tytuł jest czytelnym odwołaniem do jednej z powieści Arthura Conan Doyle’a („Studium w szkarłacie”), więc nie sposób nie powiązać „Zbrodni…” również z tym autorem. Oczywiście jeśli chodzi o inspirację.

 

Powieść Kwiatkowskiej przenosi nas do roku 1900, na tereny zaboru pruskiego i do pewnego dworu, któremu grozi bankructwo. Odmalowane z wielką dbałością o szczegóły tło obyczajowe jest ogromnym atutem powieści poznańskiej autorki. Poznajemy nie tylko codzienne zwyczaje ziemiaństwa, ale także rytuały towarzyszące ślubom – jednym z fabularnych wątków jest ślub dziedziczki dworu – oraz cykliczność i specyfikę prowadzenia dworskiego gospodarstwa. W aspekcie wywołania z przeszłości świata, którego już nie ma, „Zbrodnia w szkarłacie” jest niezwykle klimatyczna i stylowa, do tego autorka operując piękną polszczyzną, dostarcza czytelnikowi wysmakowane literackie obrazy. Powieść Kwiatkowskiej czyta się z poczuciem obcowania z literaturą na wysokim poziomie, nawiązującą do tradycji polskiej powieści realistycznej. Wkład pracy, jaki autorka włożyła w napisaną książkę – sięganie do archiwów, czytanie niezliczonych pozycji na temat polskiego ziemiaństwa – jest nie tylko imponujący, ale wyraźnie wyczuwalny w trakcie lektury powieści. Autentyzm, klimat oraz styl, to niezaprzeczalne atuty „Zbrodni w szkarłacie”.

 

Ale powieść budzi także pewne moje wątpliwości. Rozumiejąc założenia powieści pisanych przez Agathę Christie oraz jej naśladowców, powieści, w których wszelkie działania zmierzają do odkrycia sprawcy morderstwa, książek, gdzie liczy się głównie zagadka i jej sprawne zarysowanie, nie mogę przymknąć oka na kwestię, która w moim mniemaniu wyszła autorce słabiej, a być może nie ma aż tak istotnego znaczenia w kontekście założeń odmiany gatunku, który autorka wybrała. Chodzi mi o sposób prowadzenia śledztwa przez pruskiego policjanta, który zostaje wezwany na miejsce zbrodni. Zagadkowym jest już sam fakt, iż na miejscu zjawia się sam, bez pomocników, którzy pomogliby zabezpieczać mu ślady. Policjant sprawia wrażenie człowieka niezwykle kompetentnego i wszelkie zaniechania raczej nie są wynikiem jego niedbałości. Dziwnym wydaje się również fakt, iż ciało denata, zamiast od razu zostać zabrane, leży we dworze co najmniej trzy dni. (W tym miejscu muszę wspomnieć Joannę Szwechłowicz i jej „Ostatnią wolę”. Autorka również zastosowała motyw zamkniętej przestrzeni, trup również długo leży w pewnej rezydencji, ale uzasadnione jest to tym, iż dostęp do rezydencji odcięła burza śnieżna, co brzmi sensownie i nie ma się do czego przyczepić). Czy tak mógł postępować policjant w 1900 roku? Czy istniała wówczas jakaś procedura postępowania na miejscu zbrodni? Pytania te pozostawiam bez odpowiedzi, ponieważ nie udało mi się dotrzeć do informacji na ten temat. Wątpliwości jednak zostają. Moją rzeczą, jako recenzenta, nie jest robienie researchu w tej kwestii, natomiast w gestii autora sięgającego w przeszłość, już tak. Czytelnik bowiem ma prawo oczekiwać książki spełniającej wymogi autentyzmu, które powieść Kwiatkowskiej w dużej mierze oczywiście spełnia, poza drobną kwestią dotyczącą właśnie pracy śledczej. A że pewne wątpliwości są, świadczy o tym również fakt, iż Jan Morawski – detektyw amator – w dalszych partiach książki ma również wątpliwości, co do tego czy Joachim Engel, owy niemiecki policjant, faktycznie jest stróżem prawa.

 

Nie ukrywam, że jako czytelnik w większym stopniu gustuję w tradycji zapoczątkowanej przez twórców czarnego kryminału oraz jej współczesnych kontynuatorów. Czytam z zainteresowaniem poczynania detektywów, którym daleko do geniuszu Sherlocka Holmesa. W nie mniejszym stopniu doceniam psychologizm, tło społeczno-obyczajowe i odautorskie dygresje na temat otaczającego nas współcześnie świata, co misterną zagadkę, doskonale skonstruowaną intrygę. Dlatego muszę przyznać, że powieść Katarzyny Kwiatkowskiej nie do końca jest w moim guście. Myślę jednak, że czytelnicy zakochani w Agacie Christie, czytelnicy kochający dobrą zagadkę oraz świat polskiego ziemiaństwa, zakochają się również w twórczości Katarzyny Kwiatkowskiej. Nie dziwią mnie zachwyty nad „Zbrodnią w szkarłacie”, bo to po prostu jest dobra powieść. Więc jeśli miałabym ją komuś polecać, to właśnie Wam, czytelnicy i wielbiciele klasycznych powieści kryminalnych. Katarzyna Kwiatkowska na pewno Was nie zawiedzie. Intrygę skonstruowała misterną, ze zwrotami akcji i zaskakującym zakończeniem. Sprawdźcie sami.

Konkurs - Joanna Szwechłowicz: "Ostatnia wola"

KONKURS! Do wzięcia jest "Ostatnia wola" Joanny Szwechłowicz :) Co trzeba zrobić:

 

1. Lubić/polubić Poczytajnię na Facebooku.
2. Udostępnić na swojej tablicy na Facebooku zdjęcie z opcją widoczności publiczną i z hasztagiem ‪#‎poczytajnia

 

Konkurs trwa do soboty (08.08.) do północy. Rozwiązanie konkursu nastąpi w niedzielę rano. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania :) Powodzenia! :)

Kryminał absurdu

O mały włos - Eoin Colfer

Eoin Colfer znany jest z pewnością czytelnikom książek fantasy. Irlandzki pisarz na początku swojej kariery zawodowej zajmował się nauczaniem, głównie trudnej młodzieży. W wolnym czasie pisał. Światową sławę przyniósł mu oczywiście cykl o Artemisie Fowlu – nastolatku zamieszanym w działalność przestępczą. Seria o Artemisie liczy siedem tomów i utrzymana jest w humorystycznym tonie; przeplatają się w niej poważne motywy, parodia i czarny humor. Ale czytelnicy kryminałów również mają okazję poznać Eoina Colfera: autor próbuje swoich sił także w tym gatunku. „O mały włos” – opowieść, w której poznajemy nieszablonowego ochroniarza Daniela McEvoya – również obfituje w czarny humor, absurd i parodię.

 

Daniel McEvoy jest ochroniarzem w kasynie w niewielkiej miejscowości. Jego praca sprawia wrażenie monotonnej i niezbyt rozwijającej. I taka po części jest. Daniel dba o porządek w kasynie, czyli nie dopuszcza do tego, aby jego klienci wszczynali kłótnie i burdy. Pewnego dnia dochodzi do sytuacji, w wyniku której Daniel obraża pewnego wpływowego prawnika, a ten zamierza się zemścić. Najpierw ginie hostessa, będąca w centrum zamieszania. Później spirala zabójstw i przypadkowych, ale w różny sposób powiązanych ze sobą śmierci coraz bardziej się nakręca. Dochodzi do coraz dziwniejszych zdarzeń, często niepozbawionych rysu humorystycznego. Postaci są tu trochę przerysowane, ale w konwencji, którą obrał sobie autor, nie może być inaczej. Również one podkreślają humorystyczny wydźwięk powieści.

 

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie przez kluczową postać, czyli Daniela McEvoya, który często zaburza chronologię wydarzeń, aby coś wyjaśnić lub uzupełnić. Tutaj każde zdarzenie podszyte jest humorem i nie sposób czytać książkę, nie uśmiechając się pod nosem, a czasem nawet chichocząc. No bo jak z powagą czytać o okolicznościach, w których poznali się Daniel i Zeb – jego lekarz? Szczegółów nie zdradzę, przeczytajcie sami. Nie da się ukryć, że zabawny ton powieści wynika także ze sposobu prowadzonej narracji. Daniel ma dar rozśmieszania, o ile gustujemy w typie humoru reprezentowanym przez tego bohatera. Przytacza on zdarzenia, ale niejednokrotnie dodaje różnorakie refleksje od siebie. Zabawny jest także głos, który niemal stale słyszy w swojej głowie…

 

Książkę Eoina Colfera można czytać na kilku poziomach. Przede wszystkim jest to przednia rozrywka, z którą można spędzić kilka letnich wieczorów, kiedy upał nie pozwala skupić się na czymś poważniejszym. W roli wakacyjnej lektury „O mały włos” sprawdza się wręcz idealnie. Ale z drugiej strony Colfer bawi się również konwencją i czytelnik znający literaturę kryminalną, oprócz przedniej rozrywki, z przyjemnością doświadczy zabawy intertekstualnej. Polecam.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Portalu Kryminalnym: Kryminał absurdu

Historie opowiedziane przez zmarłych

Umarli mają głos - Marek Krajewski, Jerzy Kawecki

Pisarz i medyk sądowy to duet, który nieczęsto gości w literaturze, mimo że ten pierwszy, zwłaszcza jeśli jest autorem kryminałów, wielokrotnie korzysta z uwag profesjonalisty zawodowo zajmującego się ofiarami zabójstw. Sama materia literacka jest już domeną pisarza, co oczywiście nie oznacza, że autor i osoba specjalizująca się w wiedzy na temat zwłok nie pojawili się wcześniej w literackim świecie. Nie ma chyba czytelnika interesującego się literaturą kryminalną, który nie słyszał chociażby o słynnym duecie Bass-Jefferson. Bill Bass – antropolog sądowy oraz założyciel słynnej „trupiej farmy” – oraz Jon Jefferson, dziennikarz, napisali wspólnie kilka powieści kryminalnych opartych na doświadczeniach zawodowych tego pierwszego. Powieści te, oprócz kryminalnej fabuły, zawierają liczne ciekawostki na temat pracy antropologa sądowego, które z pewnością doceni każdy, kto interesuje się kryminalistyką. Jako fanka amerykańskiego duetu z ciekawością czekałam na efekt pracy polskiego dwuosobowego zespołu, który podjął się podobnego zadania. Rodzimym pisarzem jest Marek Krajewski, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, natomiast medyk zdradzający kulisy swojej pracy to Jerzy Kawecki – biegły sądowy z wieloletnim doświadczeniem.

 

Przyjaźń, która połączyła obu panów, narodziła się wiele lat temu, kiedy Marek Krajewski znajdował się na początku swojej literackiej drogi, Jerzy Kawecki zaś był już dość doświadczonym medykiem sądowym. Książkom pisarza brakowało wówczas, jak zauważył jego szwagier, wiarygodnej materii medyczno-sądowej. Uwaga ta stała się przyczynkiem do zawarcia znajomości z Jerzym Kaweckim. Każdy, kto zna książki Krajewskiego oraz jego wypowiedzi z licznych wywiadów, zauważy, że jest on człowiekiem niezwykle dbałym o jakość swojej pracy pisarskiej. Wszystko ma być dopracowane i zapięte na ostatni guzik. Pisarz, mimo że para się fikcją, nie może przekazywać czytelnikowi nieprawdy w znaczeniu ogólnym, zdaje się sądzić Krajewski. Toteż, aby zachować wiarygodność w materii medyczno-sądowej nie tylko zawiera znajomość z Kaweckim w celach konsultacyjnych, ale i sam uczestniczy w sekcji zwłok. Z biegiem lat przyjaźń obu panów się rozwija i pewnego dnia Kawecki zdradza Krajewskiemu, iż od lat gromadzi skrupulatnie wszelkie materiały ze spraw, w których uczestniczył oraz że chciałby je kiedyś spisać, ale stanie się to prawdopodobnie na emeryturze. Zafascynowany pomysłem Krajewski zaproponował lekarzowi, aby zrobili to wspólnie, nie czekając na emeryturę wybitnego medyka. Tak pokrótce przedstawia się geneza książki "Umarli mają głos".

 

Pod względem kompozycyjnym książka duetu Krajewski-Kawecki ma charakter ramowy, tzn. w obręb jednej fabuły wplecione zostały inne. Ramą kompozycyjną, czyli fabułą nadrzędną, jest rozmowa, którą prowadzą ze sobą pisarz i lekarz. Jej efektem są historie przypadków z praktyki zawodowej medyka. Z pogawędki, która toczy się przy kawie i ciastkach wyłania się dwanaście opowieści o mordercach i ich ofiarach. Przy czym Krajewski wielokrotnie zadaje Kaweckiemu pytania, które sytuują go w roli ucznia, a medyka w roli fachowca i mistrza. Obrana konwencja idealnie wpisuje się w intencje, jakie zapewne przyświecały pisarzowi, kiedy pisał książkę, czyli chęć złożenia swoistego hołdu przyjacielowi. Zamierzony efekt został oczywiście osiągnięty. Kawecki jawi się jako człowiek inteligentny, pracowity i wybitny. Wybitne są nie tylko jego umiejętności zawodowe, lecz także ambicja w dążeniu do odkrycia prawdy. Wnioski Kaweckiego wielokrotnie przyczyniły się do przełomów w śledztwie. Fragmenty zawierające opisy jego odkryć czy stosowanych metod czyta się jak partie wycięte z powieści kryminalnej o detektywie-medyku. Myślę, że zarówno autor, jak i bohater zbioru "Umarli mają głos" powinni poważnie pomyśleć o napisaniu kolejnej książki. Tym razem całkowicie fabularnej, ale opartej na doświadczeniach Kaweckiego, w której właśnie detektyw-medyk, o cechach charakterologicznych rozmówcy Krajewskiego, rozpracowywałby kryminalną zagadkę. Cóż to byłaby za intrygująca powieść!

 

Dwanaście fabularyzowanych studiów przypadku, zamieszczonych w zbiorze Kaweckiego i Krajewskiego, układa się w krótką historię polskiej przestępczości i motywacji, które przywiodły sprawców do popełnienia przestępstw, w tym tych najokrutniejszych, czyli morderstw. Pod tym względem owe historie nie mają w sobie niczego odkrywczego. Za większością przestępstw stoją ludzkie namiętności. Nawet jeśli morderstwo zostało w szczegółach zaplanowane, to u jego genezy zawsze leży jakaś ludzka słabość, choćby chęć posiadania drogiego auta czy ryzykowne hobby. Zwykle jednak chodzi o zawiedzioną miłość, zazdrość, zemstę. Inną kategorią są morderstwa popełniane na tle seksualnym, które wiążą się z jakąś dewiacją. Czytamy więc o okrutnych gwałtach czy bezczeszczeniu świeżych zwłok, którego dokonuje człowiek o skłonnościach nekrofilskich. Lektura z jednej strony jest mocna, z drugiej natomiast – fascynująca: staje się wciągającą opowieścią o dochodzeniu do prawdy na temat przyczyn zgonu danej ofiary. Wypływa z niej wniosek, że los wielokrotnie sprzyja mordercom, a dojście do ich zdemaskowania bywa długotrwałym procesem, w którym istotną rolę często odgrywa przypadek, ale też wiedza i intelekt osoby prowadzącej śledztwo. Książkę Kaweckiego i Krajewskiego można czytać także jako studium na temat zła, tego skąd się bierze i jaką potrafi przybrać postać. Okazuje się, że zło jest po prostu ludzkie i rodzi się zarówno z pokładów skrywanych emocji, które w pewnym momencie szukają ujścia, jak i różnego rodzaju dewiacji i chciwości. Natomiast o jego postaci poczytajcie sami, sięgając po utwór wybitnego medyka i pisarza.

 

I choć po skończonej lekturze książka pozostawia pewien niedosyt, to ma on pozytywny wydźwięk, ponieważ odkładając ją na półkę, ma się ochotę na więcej. Z tym że następnym razem z chęcią przeczytałabym powieść, a nie opowiadania: powieść o inteligentnym i doświadczonym detektywie-medyku. Może coś w stylu książek pisanych przez Bassa i Jeffersona? Nie wiem. Wiem tylko, że nasz rodzimy duet w niczym nie ustępuje amerykańskiej parze, a potencjał literacki zarówno osoby, jak i zawodowych przypadków Jerzego Kaweckiego z pewnością jest ogromny.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Literatkach: Historie opowiedziane przez zmarłych

"Z upodobaniem wyrzucam to co napisałam" - wywiad z Joanną Szwechłowicz

Sama o sobie mówi, że odnalazłaby się idealnie w zawodzie wykreślacza i kasowacza - o ile istniałyby takie profesje. Z upodobaniem wykreśla napisane fragmenty i wprowadza zmiany. Stąd jej książki są krótkie, ale jednocześnie odzwierciedlają jedno z wielu zdań, które na temat kryminałów miała Agatha Christie - powieść kryminalna powinna liczyć nie więcej niż dwieście stron. Joanna Szwechłowicz - autorka "Tajemnicy szkoły dla panien" i "Ostatniej woli" - zdradza także swoje upodobania literackie oraz szczegóły swojej najnowszej książki.

 

 

Ma Pani na swoim koncie dwie powieści, których akcja rozgrywa się w przeszłości. Co Panią skłoniło do osadzenia akcji właśnie w przeszłości?

 

Przede wszystkim sympatia do międzywojnia (oczywiście w wersji wyidealizowanej, literacko-kinowej). Jestem wielbicielką okresu od epoki napoleońskiej do drugiej wojny i uważam, że to najciekawszy czas w historii Europy. W tym także kultury polskiej, mimo zaborów. Jest to opinia całkowicie subiektywna, ale bardzo jestem do niej przywiązana. A jeśli fakty historyczne świadczą o czymś innym, to tym gorzej dla faktów, jak mawiał klasyk ;).

 

Czy współczesność wydaje się Pani mniej ciekawa?

 

Nie. Tylko trochę trudniej ją idealizować. Zwłaszcza mieszkając w Warszawie. Ale ostatnio rozmyślam nad kryminałem, którego akcja toczyłaby się współcześnie, w małym miasteczku. Miałam w czasie wakacji okazję śledzenia poczynań pewnego burmistrza, który przy pomocy wszystkich możliwych środków pozbywa się przeciwników politycznych i obsadza stanowiska „swoimi”. Bardzo sprawnie to robi, warszawscy politycy mogliby się uczyć. Jest to świetny materiał na kryminał, więc może się skuszę i ktoś podobny do pana burmistrza zostanie czarnym charakterem w mojej powieści. Albo nieboszczykiem, zgładzonym widowiskowo przez zdesperowanych podwładnych, którzy tylko w morderstwie widzieli szansę na pozbycie się lokalnego watażki. Albo nawet jednym i drugim.

 

Gdyby mogła Pani wybrać epokę, w której chciałaby Pani żyć, to co to byłaby za epoka?

 

Kiedy zadajemy sobie takie pytania, zwykle zdaje nam się, że w owej wybranej epoce bylibyśmy władcami albo przynajmniej szlachtą w trzecim pokoleniu. Statystycznie najprawdopodobniej trafiłby nam się jednak los włościanina spod Radomia lub chłopa pańszczyźnianego w majątku Radziwiłłów. Dlatego współczesność wydaje się bezpieczniejszą opcją. Gdybym jednak mogła wybrać czas, miejsce i pozycję społeczną, to z miłą chęcią zostałabym przełożoną angielskiej szkoły dla panien w połowie XIX wieku lub członkinią PPS w zaborze austriackim studiującą na UJ, który dopiero zaczynał przyjmować kobiety w poczet studentów. Nie mam wątpliwości, że wybrałabym wiek XIX lub początek XX. Oczywiście, tej wymyślonej „sobie” oszczędziłabym świadomości, że niedługo wybuchnie I wojna światowa. I że po pierwszej będzie druga. Być może problem rozwiązałaby emigracja do Argentyny, rzutem na taśmę, latem 1914 roku.

 

Jakie trudności stoją przed pisarzem, który zamierza napisać kryminał retro?

 

Zdaje się, że przede wszystkim kwestia zachowania proporcji. Z jednej strony, aby nie przesadzić z opisami oraz „wprowadzaniem atmosfery” określonej epoki i przedstawić mimo wszystko ciekawe postaci oraz intrygę. Z drugiej – żeby jednak coś z tej „dawności” zostało i żeby książka nie była historią typu „zabili go i uciekł”. Tyle, że w dekoracjach retro.

 

Co Pani sprawiło największą trudność?

 

Dotrzymanie terminu odesłania książki do wydawnictwa :). Mam kłopotliwą tendencję do ciągłego wprowadzania zmian w tekście.

 

A co było najłatwiejsze i najprzyjemniejsze?

 

Kreślenie. Moje książki są dość krótkie, bo z upodobaniem wyrzucam to co napisałam. Gdyby istniała profesja zawodowego wykreślacza i kasowacza, to odnalazłabym się w niej doskonale. Jeśli zaś chodzi o sam świat przedstawiony, mogę wymienić stworzenie postaci Wirydianny (niewielki problem, bo mamy cechy wspólne) i Basi. Tu wyzwanie też było niewielkie, ponieważ w tym wieku byłam podobna do niej, choć szczęśliwie miałam znacznie lepszą sytuację rodzinną.

 

„Ostatnia wola” to kryminał, w którym zastosowała Pani motyw „zamkniętego pokoju”. Aluzja do twórczości Agathy Christie jest bardzo czytelna. Jakich autorów oprócz Agathy Christie jeszcze Pani ceni i za co?

 

Cenię bardzo wielu autorów za bardzo wiele rzeczy ;). Z polskich „kryminalistów” na przykład Marcina Wrońskiego - podziwiam łączenie realiów historycznych oraz intrygi. Cenię panią Lackberg za talenty marketingowe, bo to też pewna umiejętność: sprzedać tak wiele egzemplarzy książek pisanych językiem czwórkowej gimnazjalistki. Jak widać, za różne rzeczy można cenić :). Oczywiście, czytam wiele pozakryminalnych tekstów. Bardzo chętnie - choć trudno powiedzieć, że z przyjemnością, bo to niezbyt rozrywkowa lektura - poznaję ostatnio reportaże Swietłany Aleksijewicz.

 

Czy myśli Pani czasem o tym, aby napisać czarny kryminał, albo coś zupełnie nie kryminalnego, na przykład romans?

 

Romansu nigdy, bo romanse mnie śmieszą nieodparcie. Zdecydowanie jestem na to zbyt mało sentymentalna. Ale chciałabym napisać powieść historyczną o... Elizie Orzeszkowej. Poważnie. Uważam, że ta postać zasługuje na „odkurzenie”. Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby ktoś napisał taką powieść za mnie. Ale ponieważ nikt się nie kwapi...

 

O czym będzie Pani kolejna książka?

 

O śledztwie w sprawie zaginionego proboszcza. Akcja toczy się przede wszystkim w pewnym podejrzanym uzdrowiskowym pensjonacie, ale także w Poznaniu. Tym razem więc zamiast przebywać w zamkniętej przestrzeni, trochę pozwiedzamy Drugą Rzeczpospolitą.

 

I na koniec: czy postać podobna do Wirydianny Korzyckiej pojawi się jeszcze kiedyś w Pani książkach? :D

 

W sposób nieunikniony. Sama Wirydianna raczej nie zmartwychwstanie, ale dyżurny złośliwiec musi być. W mojej kolejnej powieści będzie nosił habit zakonny i głosił wyższość wielkich nieżywych malarzy nad banalnymi żywymi bliźnimi.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Joanna Szwechłowicz - absolwentka MISH, z wykształcenia polonistka i socjolog.Prowadziła na UW zajęcia z komparatystyki, analizy porównawczej tekstów literackich oraz na temat mediów elektronicznych. W 2014 roku ukazał się jej świetnie przyjęty debiut „Tajemnica szkoły dla panien”. Mieszka w Warszawie.

 

Śmierć na wrzosowisku

Przystań nieszczęsnych dusz - Martha Grimes

Pamiętacie Emmę Graham, rezolutną nastolatkę, której Martha Grimes poświęciła trzytomowy cykl kryminalny? Emma jak na swój wiek jest niezwykle dojrzała, a do tego jest również inteligentna i bardzo spostrzegawcza. Wykorzystując swoje intelektualne przymioty, rozwiązała kilka zagadek kryminalnych, niczym doświadczony i rasowy detektyw. Narracja powieści, w których Emma jest główną bohaterką, prowadzona jest z jej perspektywy, dzięki czemu czytelnik ma wgląd w procesy myślowe nastolatki oraz może wysłuchać, niekiedy z rozbawieniem, jej spostrzeżeń i refleksji. Bo trzeba przyznać, że Emma, mimo iż jest bystrą dziewczynką, pozostaje jeszcze dzieckiem, więc jej obserwacje niekiedy są świeże, a niekiedy po prostu infantylne. Jeśli polubiliście Emmę Graham, to „Przystań nieszczęsnych dusz” powinna Wam bezdyskusyjnie przypaść do gustu. Wprawdzie nie mamy tutaj dziewczynki jako głównej bohaterki, ale autorka postarała się, aby takowa wystąpiła w jednym z wątków. Ma na imię Jessica i jest równie bystra jak Emma.  

Zanim przejdę do analizy powieści, nadmienię tylko, że Martha Grimes, powierzając w swoich powieściach istotne role nastoletnim dziewczynkom, zdaje się dawać do zrozumienia, że dorośli wielokrotnie nie doceniają intelektu i potencjału, jakie nosi w sobie dziecko nieograniczone normami społecznymi i schematami myślowymi, nabywanymi z biegiem lat. Jej bohaterki zawsze są oryginalne i bystre. Grimes, pokazując świat oczami nastolatek, uświadamia czytelnikowi, że zawsze trzeba uważać na to, co się przy dziecku mówi i robi, bo nie jest ono nieświadomą istotą, lecz myślącym małym człowiekiem.

Ale „Przystań nieszczęsnych dusz” to nie tylko opowieść o bystrej dziewczynce. Dzieci występują tu również w roli ofiar – niezidentyfikowany morderca morduje ich trójkę. Do zbrodni dochodzi w Darmoor – typowej niewielkiej i hermetycznej miejscowości. Mieszkańcy są wstrząśnięci, ponieważ do tej pory wiedli monotonne, ale bezpieczne i ciche życie, nieprzerywane żadnymi skandalami. Morderstwa zaburzają ich spokój i wywołują atmosferę strachu, zwłaszcza że morderca wciąż nie został odkryty. Przypadek sprawia, że właśnie w tym samym czasie na wolność wychodzi mężczyzna, który odsiadywał wyrok za morderstwo. Od razu pada na niego cień podejrzenia, co doskonale odzwierciedla mentalność małej społeczności postawionej w obliczu zagrożenia i skłonnej uznać za nie pierwszą lepszą okoliczność, a taką z pewnością jest właśnie wyjście mordercy – choć chodzą słuchy, że został osadzony w więzieniu niesłusznie – na wolność.

Śledztwo prowadzi para policjantów: miejscowy sierżant Brian Macalvie oraz inspektor Scotland Yardu Richard Jury. Reprezentują oni dwie różne postawy w prowadzeniu śledztwa, różnią się także charakterologicznie. Porywczy Macalvie napawa grozą przesłuchiwanych świadków oraz podległych mu policjantów. Pozuje na twardziela z czarnego kryminału. Natomiast Jury jest bardziej stonowany i mocniej skupiony na śledztwie. Obaj mężczyźni ścierają się ze sobą, ale także uzupełniają. Macalvie ma również swego rodzaju obsesję związaną z nierozstrzygniętą zagadką sprzed lat. Uważa, że obecne morderstwa powiązane są z zabójstwem pewnej młodej kobiety. Jury stara się niczego nie potwierdzać, ale też nie wykluczać, niemniej jednak do zdania sierżanta podchodzi z dystansem, aby się nie zasugerować. Bierze pod uwagę różne punkty widzenia i stara się prowadzić śledztwo solidnie.

Już samo wprowadzenie powyższej pary policjantów mogłoby być zabiegiem dynamizującym i uatrakcyjniającym akcję powieści. Tak się jednak nie dzieje, ponieważ autorka często ich rozdziela. W ogóle powieść Grimes jest książką dość nierówną: mamy w niej zarówno fragmenty zasługujące na miano genialnych, jak i partie tekstu nużące i nieprzykuwające uwagi. Na pewno świetny jest prolog powieści, w którym widzimy małą dziewczynkę próbującą za pomocą telefonu sprowadzić pomoc do nieżyjącej już matki, leżącej we krwi w kuchni. Scena ta jest jednocześnie niezwykle poetycka, oniryczna, magnetyzująca, jak i po prostu przejmująca i przerażająca. Ponadto Martha Grimes często pośrednio lub bezpośrednio nawiązuje do innych dzieł literackich, co niewątpliwie uprzyjemnia lekturę. Ostatecznie jednak należy przyznać, że jest to lektura oscylująca wokół średniej, a nie najwyższej półki.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Portalu Kryminalnym: Śmierć na wrzosowisku

Kraj widziany przez szybę

Tydzień w Korei Północnej - Christian Eisert

Wyobraźcie sobie, że idziecie do fryzjera z głową pełną pomysłów na nową fryzurę. Siadacie na fryzjerskim fotelu, oczekując od fryzjera, bądź fryzjerki, realizacji pomysłów, które zakłębiły Wam się w głowie. Ewentualnie czekacie na fachową poradę dotyczącą doboru fryzury, w której będziecie najkorzystniej wyglądać. Fryzjer spełnia Wasze oczekiwania i wychodzicie z salonu z nową, idealnie do Was dopasowaną fryzurą. O ile fryzjer jest specjalistą w swoim fachu, a nie zawsze tak jest. Nikt jednak nie zabierze Wam prawa do realizacji nawet najbardziej szalonych fryzjerskich pomysłów. Natomiast w Korei Północnej to by nie przeszło. Koreańczyk idący do fryzjera ma do wyboru ograniczoną liczbę fryzur, w których może bezpiecznie poruszać się po ulicach. W każdym salonie fryzjerskim wiszą plansze z dopuszczalnymi strzyżeniami, bądź upięciami włosów. Kobiety mają ich do wyboru osiemnaście, a mężczyźni dziesięć. Jak się jednak nietrudno domyślić, ingerencja państwa w prywatne życie obywateli Korei Północnej nie ogranicza się tylko do zaleceń fryzjerskich. Christian Eisert w książce „Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata” tropi również inne absurdy (np. kryterium dopuszczającym kobietę do zawodu policjantki jest uroda), w które obfituje życie każdego mieszkańca tego najbardziej hermetycznego kraju na ziemi.

 

Ale co tak naprawdę wiemy o życiu mieszkańców Korei Północnej? Okazuje się, że niewiele. Media co jakiś czas donoszą o egzekucjach i ofiarach reżimu, na którego czele stoi Kim Dzong Un, ale realne życie zwykłego Koreańczyka jest dla nas niedostępne. Z jednej strony nie może on opuścić swojego kraju, z drugiej każdy obcokrajowiec, który wybiera się na wycieczkę do Korei Północnej, ma uniemożliwiony kontakt ze zwykłymi mieszkańcami, co doskonale pokazuje książka Eiserta. Autor jest niemieckim komikiem, który wraz z przyjaciółką wybrał się do kraju, gdzie za nawet niewielkie przewinienie grozi kara śmierci. Christian Eisert wychowywał się w NRD, gdzie był świadkiem szkolnych delegacji z reżimowego kraju. To głównie wspomnienia związane z delegacjami zmotywowały go do przedsięwzięcia podróży. Kontakt ze zwykłymi mieszkańcami Korei utrudniają opiekunowie, którzy przydzielani są każdemu turyście. Turysta nie może poruszać się gdzie chce, lecz musi podążać za przewodnikami-opiekunami, którzy mają ściśle określony harmonogram i listę miejsc, które zwiedzający może zobaczyć. Zwykle są to przybytki związane z obecnym i poprzednimi przywódcami Korei Północnej. Przewodnicy według najściślejszych propagandowych wytycznych opowiadają zwiedzającym o tym, jak to kraj pławi się w dobrobycie, a wszystko to dzięki geniuszowi przywódczemu Kim Dzong Una i jego poprzedników. Szlak turystyczny oraz opowieści przewodników mają na celu roztoczyć przed cudzoziemcami idylliczną wizję kraju, który właśnie zwiedzają. Wraz z Eisertem i jego przyjaciółką wspólnie podążamy tym szlakiem. Zaglądamy do pokoi hotelowych – często nie pierwszej czystości – do kawiarń, w których z jednej torebki herbaty robi się kilkanaście kubków napoju, czy folklorystycznego zajazdu, w którym autor wraz z przyjaciółką są zmuszeni spędzić niewygodną noc śpiąc na macie wyłożonej na twardej podłodze. Czytając mamy wrażenie, że poruszamy się po sztucznej przestrzeni, oglądanej dodatkowo przez szybę. Na każdym kroku czuć fałsz i próbę zamydlenia oczu.

 

Czy taka wyprawa do Korei Północnej jest w ogóle ciekawa? Na pewno nie, ale sposób, w jaki Eisert prowadzi narrację, sprawia, że książkę czyta się z zainteresowaniem. Autor pojechał na wycieczkę przygotowany i obeznany w historii Korei, stąd w wielu miejscach przerywa narrację relacjonującą, aby dodać dygresje i komentarze – kiedy przewodnik opowiada o danym obiekcie, dokonując propagandowej idealizacji, autor przedstawia czytelnikowi faktyczny stan rzeczy. W kontaktach autora z przewodnikami wychodzą także drastyczne różnice kulturowe, objawiające się między innymi zupełnie innym poczuciem humoru. Korea Północna jawi się w książce Eiserta jako kraj absurdów, ale także jako kraj smutny, bo pozbawiony dziedzictwa kulturowego. No bo co to za dziedzictwo, kiedy w bibliotekach, które odwiedził autor, królują propagandowe dzieła Kim Ir Sena, Kim Dzong Ila i ostatniego przywódcy Korei, Kim Dzong Una, a wszelka sztuka opiewa jedynie wielkich przywódców? Kończąc książkę, czytelnik pozostaje z dziwnym uczuciem smutku i niedowierzania, jak można w dzisiejszych czasach tak odseparować naród i hermetycznie go zamknąć.

 

Czy po lekturze książki Christiana Eiserta ma się ochotę na wycieczkę do Korei Północnej? Absolutnie nie. Podróż niemieckiego komika sprawia wrażenie oglądania zwiedzanego kraju przez szybę. Stale trzeba się pilnować, aby nie przekroczyć wytycznych przekazanych przez opiekunów-przewodników. Brak jakiejkolwiek samodzielności w zwiedzaniu, ograniczanie kontaktu z mieszkańcami Korei, zupełnie zniechęca do wybrania się w podróż. Autor robi, co może, aby uatrakcyjnić relację: dodaje dygresje, buduje napięcie, przytacza rozmowy, i trzeba przyznać, że robi to skutecznie, bo mimo że po lekturze nie poczujemy sympatii do zwiedzanego przez niego kraju, to przynajmniej nie pozostaniemy z poczuciem zmarnowanego na książkę czasu.

Od teraz Poczytajnię można obserwować także na Instagramie: https://instagram.com/poczytajnia/ :) Zapraszam do obserwowania :) Będzie dużo ładnych zdjęć ciekawych książek :) I nie tylko :)

Tajemnica zamkniętej rezydencji

Ostatnia wola - Joanna Szwechłowicz

Dwie dekady pomiędzy pierwszą i drugą wojną światową oraz okres drugiej wojny światowej, a także kilka lat po jej zakończeniu, uważane są za Złoty Wiek powieści detektywistycznej. Dokładną datą wyznaczającą początek złotego okresu jest rok 1920, czyli rok, w którym Agatha Christie wydała powieść zatytułowaną „Tajemnicza historia w Styles”. Jak zauważa Tadeusz Cegielski w „Detektywie w krainie cudów", już w samym tytule mamy wyeksponowaną tajemnicę – cechę, która będzie charakterystyczna dla całego Złotego Wieku. Powieści Agathy Christie, jak i jej koleżanek i kolegów po piórze, charakteryzuje dominacja zagadki nad innymi elementami fabuły. Z kolei z „zagadką zamkniętego pokoju” po raz pierwszy mamy do czynienia już w opowiadaniu Edgara Allana Poe „Zabójstwo przy Rue Morgue”.

 

Powyższe zagadnienia z teorii i historii powieści detektywistycznej przytaczam, ponieważ zostały one praktycznie wykorzystane w najnowszej powieści Joanny Szwechłowicz zatytułowanej „Ostatnia wola”. To druga powieść w dorobku autorki, która nawiązuje do tradycyjnego wzorca powieści detektywistycznej oraz do twórczości Agathy Christie. Powieść została osadzona w realiach międzywojennych, a dokładnie niemal przed wybuchem drugiej wojny światowej, bo na przełomie roku 1938 i 1939. Wątek wojenny przewija się w rozmowach bohaterów, którzy zdają się nie do końca wierzyć w nieuchronność zbliżającej się ogólnoludzkiej tragedii. Poza międzywojennymi realiami w książce Joanny Szwechłowicz znajdziemy – jak wcześniej wspomniałam – praktyczne zastosowanie chwytów literackich charakterystycznych dla Złotego Wieku powieści detektywistycznej. Wprawdzie tytuł ostatniej powieści autorki nie eksponuje zagadnienia tajemnicy dosłownie, tak jak tytuł poprzedniej (poprzednia książka nosiła tytuł „Tajemnica szkoły dla panien”), ale aura tajemniczości jest w niej wyczuwalna od pierwszej strony. Oto grupa złożona z członków bliższej i dalszej rodziny jedzie pociągiem na przedziwne wydarzenie, w którego centrum znajduje się osoba dość ekscentrycznej baronowej: Wirydianny Korzyckiej. Baronowa postanowiła w sylwestra umrzeć, ale zanim to uczyni, pragnie upokorzyć zaproszonych krewnych. Czytelnik od początku więc zostaje zaintrygowany niecnym planem starszej, dość oryginalnej pani. Ale to nie koniec zagadek, bo oto baronowa zostaje niespodziewanie zamordowana i wówczas ciężar tajemniczości przechodzi na sprawcę zabójstwa oraz motywy, którymi mógł się kierować.

 

A podejrzani są wszyscy członkowie rodziny. Dzieje się tak za sprawą kolejnego chwytu, czyli „zagadki zamkniętego pokoju”. Najważniejszy jest w nim motyw zamkniętego pomieszczenia, w którym zostają umieszczeni bohaterowie. Następnie dochodzi do morderstwa, a mordercą według najprostszych zasad logiki jest ktoś z bohaterów. Przestrzenią zamkniętą w powieści Joanny Szwechłowicz jest pałacowa rezydencja baronowej, w której utknęli jej krewni. Nie mogą się z niej wydostać, jak i nikt nie może dotrzeć do nich. Na zewnątrz panuje śnieżna burza zasypująca wszystko wokół, łącznie z drogą prowadzącą do pałacu baronowej Wirydianny Korzyckiej. Krewni snują różne hipotezy i typują mordercę między sobą. Na jaw wychodzą ich sekrety i różne słabości. Okazuje się, że pozory mylą i wiele spraw nie jest tym, czym się wydaje. Należy jednak zaznaczyć, że bohaterowie, mimo iż bardzo różni, są typami postaci o nieskomplikowanej psychice, co także wpisuje się w zasadę dominacji zagadki nad pozostałymi elementami utworu.

 

Międzywojenna powieść detektywistyczna garściami czerpała z powieści gotyckiej. Jako że „Ostatnia wola” wpisuje się w tradycyjny schemat literatury detektywistycznej, również w niej możemy odnaleźć cechy charakterystyczne dla powieści gotyckiej. Oprócz wspomnianej wyżej tajemnicy mamy tu oczywiście pałacową rezydencję, która pełni podobną rolę, co nawiedzony dom czy stary, pełen niepokojących zakamarków, zamek w literaturze gotyckiej. Lokatorzy, krewni baronowej, słyszą zagadkowe szmery, które oczywiście będą miały racjonalne wyjaśnienie. Tak samo, jak tajemnicza śmierć baronowej.

 

Przyznam szczerze, że mam pewien problem jeśli chodzi o ocenę książki Joanny Szwechłowicz. Jeśli spojrzymy na „Ostatnią wolę” przez pryzmat tradycyjnej powieści detektywistycznej, czyli takiej, w której zagadka wiedzie prym nad pozostałymi elementami utworu, to wszystko się zgadza. Autorka sprawnie posługuje się konwencją, zapewniając czytelnikowi rozrywkę na właściwym poziomie. Na uznanie zasługuje fakt wykorzystania – bardzo udanie – motywu „zamkniętego pokoju”. Zdaję sobie sprawę, że w powieści wszystko jest zamierzone i celowo ma nawiązywać do spuścizny Agathy Christie oraz być powrotem do powieści detektywistycznej w jej tradycyjnym rozumieniu. Z drugiej strony jednak zabrakło mi jakiegoś rysu oryginalności, który znane motywy przedstawiłby w zupełnie nowym i innym świetle. Tak jak to robią autorzy współczesnych czarnych kryminałów – ogranym kliszom nadają rys oryginalności. Niemniej jednak pewne zdanie na temat twórczości Joanny Szwechłowicz zamierzam sobie dopiero wyrobić – sięgając po pierwszą książkę autorki, jak i każdą kolejną, którą napisze.

"Nic tak nie podkręca atmosfery, jak postać, którą można szczerze znienawidzić" - wywiad z Lucyną Olejniczak

"Powieść (...) przywołująca ducha dziewiętnastowiecznych sag we współczesnym wydaniu" - tak na okładce wydawca rekomenduje najnowszą powieść Lucyny Olejniczak "Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka". I ma rację. "Hanka" idealnie odzwierciedla realia z przełomu XIX i XX wieku. Natomiast kiedy czytamy powieść, mamy wrażenie, że jej wymowa ma także współczesny wymiar. Jest nam po prostu bliska. Jeśli macie ochotę poczuć klimat starego Krakowa i chcecie zobaczyć z jakimi problemami wówczas mogła zmagać się młoda i ambitna kobieta, to zachęcam do lektury najnowszej książki autorki, która w wywiadzie zdradza m. in. jak przygotowywała się do napisania książki oraz skąd wziął się pomysł wykreowania najmroczniejszej postaci w powieści.

 

 

fot. Ryszard Dziedzic

 

 

 

 

Zacznę od pytania, które wydaje mi się najważniejsze z punktu widzenia czytelnika Pani książek: kiedy możemy spodziewać się premiery drugiego tomu „Kobiet z ulicy Grodzkiej”?

 

Drugi tom jest już gotowy, wszystko teraz zależy od Wydawcy, ale mam nadzieję, że ukaże się jeszcze tej jesieni. Tak jak to było zaplanowane.

 

„Hanka”, pierwszy tom „Kobiet z ulicy Grodzkiej”, przypomina sagi, ale we współczesnym wydaniu. Co zadecydowało o tym, że postanowiła Pani napisać taką książkę?

 

Sama lubię czytać sagi, a do napisania mojej namówiła mnie przyjaciółka i agentka literacka Manula Kalicka. Teraz widzę, że miała wyczucie, czyli tzw. nosa. „Hanka” zbiera bardzo dobre opinie, czytelnicy piszą do mnie prywatnie, pytając, co dalej i kiedy będzie następny tom, bo już nie mogą doczekać się kontynuacji tej historii. Wiktoria, główna bohaterka, podbiła serca czytelniczek, co bardzo, bardzo mnie cieszy.

 

Czy w „Hance” występują jakieś autentyczne zdarzenia, czy wszystko jest efektem Pani wyobraźni?

 

Historia jest wymyślona, ale sama klątwa nie. Podobną rzuciła kiedyś siostra mojej babci na swojego niedoszłego narzeczonego i jego rodzinę. Chętnie więc pobawiłam się tym tematem. Sama byłam ciekawa „co by było, gdyby…”.

 

Powieść, którą Pani napisała, doskonale odzwierciedla realia z przełomu XIX i XX wieku. Skąd czerpała Pani wiedzę na temat realiów tamtego okresu?

 

Przede wszystkim ze starych gazet z tamtego okresu, głównie z krakowskiego „Czasu”. Teraz każdą informację można znaleźć w Internecie, bez konieczności spędzania całych dni w archiwach i bibliotekach. To bardzo ułatwia życie i czas. Z drugiej zaś strony, trochę szkoda. Materiałów do swojej pierwszej książki szukałam w taki właśnie, tradycyjny sposób i przyznam, że to była naprawdę wspaniała przygoda. Nic nie zastąpi atmosfery czytelni PAU na ulicy Sławkowskiej w Krakowie, tej ciszy, zapachu starych, pożółkłych gazet i wrażenia, że czyta się „dzisiejsze wydanie”. Łatwiej było mi się przenosić do tamtego Krakowa, miałam bowiem wrażenie, że wszystko to dzieje się tu i teraz. Korzystałam również z licznych wspomnień i pamiętników. To prawdziwa kopalnia wiedzy o życiu i zwyczajach ludzi.

 

 

Którą postać z „Hanki” darzy Pani największą sympatią?

 

Chyba Stefanka, bo mimo swojego upośledzenia jest prawdziwy, niczego nie udaje. Wiktorię lubię i czasami nawet się z nią identyfikowałam, jednak dla niektórych czytelniczek może się ona wydać zbyt wyidealizowana. To celowy zabieg. Specjalnie stworzyłam ją taką, zgodnie z wymogami dawnych powieści. Kobiety w tamtym czasie z reguły przedstawiane były jako szlachetne, dobre i niemal bez skazy matki – Polki i patriotki. Wiktoria taka właśnie jest, chociaż w drugim tomie okaże się, że jednak nie do końca…

 

Najbardziej mroczną postacią w powieści jest aptekarz Franciszek Bernat, który mógłby być także bohaterem powieści kryminalnej. Jak zrodził się pomysł wykreowania takiej postaci?

 

Sam mi się wprosił. Planowałam rozpocząć serię od śmierci dziewczyny, żeby móc wprowadzić zamianę noworodków. Nie miałam zamiaru zajmować się jakoś szczególnie ojcem dziecka. Bernat pojawił się gdzieś z zakamarków mojego mrocznego umysłu i już nie dał się przepędzić :)

 

Czy w kolejnej części sagi również wystąpi jakaś mroczna postać?

 

Oczywiście. Nic tak nie podkręca atmosfery, jak postać, którą można szczerze znienawidzić.

 

Ile tomów będzie liczył cały cykl?

 

W trakcie pisania przychodzi mi do głowy mnóstwo pomysłów i mogłabym pewnie napisać tych tomów sporo, ale zaplanowałam cztery i przy tym chyba pozostanę.

 

Po jakie książki sięga Pani najchętniej?

 

Najchętniej czytam wspomnienia i biografie ludzi, bo tam jest prawdziwe życie. I wszystko, co zostało napisane na temat Krakowa, zwłaszcza jego historię. Lubię się też bać, więc chętnie sięgam po mroczne kryminały.

 

Twórczość których polskich autorek powieści obyczajowych poleciłaby Pani czytelnikom zwykle nie sięgającym po tego typu literaturę, aby ich zachęcić?

 

To trudne pytanie, ponieważ znam osobiście dużo polskich autorek i z większością z nich się przyjaźnię. Nie mogę więc polecać jednych, nie wspominając o drugich. Sama chętnie czytam książki moich koleżanek, ale, co chyba zrozumiałe, nie mogłabym być obiektywna. Każda z nich pisze inaczej i trafia do innego czytelnika. Dlatego też mogę po prostu zachęcić tylko gorąco do czytania naszych rodzimych autorek. Jestem pewna, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Najlepsze i najciekawsze polskie książki wybierane są, między innymi, na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach, jesienią. Tam można się przekonać jak bardzo różnorodna jest ta literatura. Określenie „kobieca” nie znaczy wcale, że kierowana jest ona tylko do kobiet. To po prostu dobra literatura pisana przez kobiety. Zdecydowanie należy i warto po nią sięgać, choćby w myśl zasady „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Gwarantuję, że czytelnik będzie mile zaskoczony.

 

Dziękuję za rozmowę

 

fot. z prywatnych zbiorów autorki

 

Lucyna Olejniczak - urodziła się i mieszka w Krakowie. Z zawodu laborantka medyczna, były pracownik Katedry Farmakologii UJ, jako pisarka zadebiutowała już na emeryturze. Dużo podróżuje, lubi poznawać nowych ludzi, łatwo się zaprzyjaźnia. Wielbicielka kotów. Autorka powieści: „Jestem blisko”, „Wypadek na ulicy Starowiślnej”, „Opiekunka, czyli Ameryka widziana z fotela” (nagroda na Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach w 2014 roku, za powieść o tematyce wykluczenia) i „Dagerotyp. Tajemnica Chopina”.

Telefoniczne śledztwo

Krocząc wśród cieni - Lawrence Block

Gdybym miała jednym zdaniem opisać książkę Lawrence’a Blocka „Krocząc wśród cieni”, zaryzykowałabym użycie następującego stwierdzenia: jeśli Raymond Chandler żyłby w obecnych czasach, nazywałby się Lawrence Block i pisałby takie książki jak "Krocząc wśród cieni". Mimo że Chandler wypracował niepowtarzalny styl, a Block również pisze charakterystycznym językiem, to nie da się ukryć, że współczesny pisarz wiele zawdzięcza tradycyjnemu chandleryzmowi, z czym się zupełnie nie kryje, nazywając jednego z bohaterów Raymondem Callanderem. Imię i wydźwięk fonetyczny nazwiska bohatera od razu przywołują skojarzenia z autorem „Sokoła maltańskiego”. „Krocząc wśród cieni” idealnie wpisuje się w konwencję czarnego kryminału, zachowując przy tym fabularną świeżość.

 

Miejscem akcji jest Nowy Jork z lat dziewięćdziesiątych, czyli czasy współczesne autorowi, kiedy pisał książkę – powieść powstała w 1992 roku i jest częścią szesnasto-tomowego cyklu kryminalnego, którego głównym bohaterem jest Matt Scudder, były policjant obecnie zajmujący się tropieniem przestępców. Wraz z bohaterami przemierzamy nowojorskie ulice, kwaterujemy się do pokoi hotelowych, zaglądamy także na cmentarz, gdzie rozegra się jedna z ważniejszych scen powieści. Kilkakrotnie akcja przenosi się również do lokali gastronomicznych, w których spotykają się bohaterowie, oraz do sal teatralnych. Tajemnice miasta odkrywamy zarówno z Mattem Scudderem, jak i z jego młodocianym czarnoskórym pomocnikiem, który okaże się bardzo pomocny w kluczowych dla prowadzonego śledztwa momentach. TJ, bo tak każe nazywać siebie chłopiec, jest dzieciakiem ulicy. Bystry i sprytny, potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, nawet ekstremalnej, zagrażającej życiu. Spryt i intelekt wydają się jednak koniecznością, bez której chłopiec nie poradziłby sobie żyjąc na ulicy, która potrafi być naprawdę niebezpieczna – w środku dnia, w dość ruchliwym miejscu, bo w okolicy marketu, może dojść do porwania młodej kobiety i nikt nie zwróci na zdarzenie żadnej uwagi.

 

Nowy Jork jest więc idealnym miejscem, w którym może poruszać się detektyw uszyty na miarę kryminału noir. Matt jest twardzielem, postępującym zgodnie z własnym kodeksem moralnym. Jako były policjant zna wszelkie procedury, ale wielokrotnie zdarzyło mu się postępować niezgodnie z ogólnie przyjętym prawem. Jest zdania, że w imię sprawiedliwości warto czasem je nagiąć. Nie waha się więc użyć broni, kiedy wyda mu się to konieczne. Jak przystało na bohatera powieści hard-boiled, jest nałogowym alkoholikiem, z tym że nie jesteśmy świadkami jego alkoholowych ekscesów, lecz dość regularnych wizyt na spotkaniach AA. Matt jest również w nieformalnym, ale stałym związku. Jego kochanką jest Elaine, prostytutka. Oboje starają się za bardzo nie angażować w związek, tworząc ułudę tymczasowości, podczas gdy trwają razem już od dobrych kilku lat i nic nie zapowiada końca. Należy jednak zauważyć, że Matt został wykreowany za pomocą co najmniej dwóch klisz. Pierwszą jest typ twardziela z kryminału noir, a drugą detektyw-konsultant, czyli typ bohatera literackiego wykreowanego przez Arthura Conan Doyle’a. Z Sherlockiem Matta łączy fakt, iż oficjalnie nie jest on detektywem, nie ma swojej agencji i nie pracuje w formie detektywa dla żadnej instytucji. Nie ukrywa także, iż główną motywacją zaangażowania się przez niego w śledztwo nie są pieniądze, lecz atrakcyjność danej sprawy. Na tym jednak podobieństwa się kończą, ponieważ Scudder ma zupełnie inne metody pracy niż Sherlock. Podczas gdy Holmes krok po kroku, konsekwentnie i metodycznie podąża ku rozwiązaniu zagadki, Matt nie posługuje się konkretną metodą, początkowo działa jakby na oślep, zbierając jak najwięcej informacji i nie wiedząc, która okaże się tą istotną. Zaczyna od telefonów.

 

Telefon jest ważnym motywem i narzędziem w powieści. To przez niego brat Kenana Khoury’ego – mężczyzny, któremu mordercy porwali żonę i odesłali poćwiartowaną na trzydzieści kawałków – kontaktuje się z Mattem i prosi o spotkanie, w wyniku którego ten decyduje się zaangażować w sprawę. Przez telefon mordercy informują Kenana o porwaniu. Za pomocą linii telefonicznej Matt jest zawsze w kontakcie z TJ-ejem oraz ze swoją kochanką, Elaine. Wątek telefoniczny odegra także istotną rolę w doprowadzeniu śledztwa do końca. Fakt, że Block tak istotnym elementem śledztwa uczynił telefon stacjonarny, sprawia, że jego powieść jest mocno osadzona w realiach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. W dzisiejszych czasach, kiedy z łatwością możemy zidentyfikować numer, spod którego się do nas dzwoni, zdarzenia opisane przez autora zostałyby rozegrane z pewnością w zupełnie inny sposób. Zarówno przez morderców, jak i przez detektywa.

 

Jedną z cech czarnego kryminału jest błyskotliwość dialogów, z której wynika inteligencja i poczucie humoru bohaterów. Często jest to dość specyficzny rodzaj humoru, który nie każdy potrafi zrozumieć. W „Krocząc wśród cieni” również nie brakuje błyskotliwych dialogów oraz krótkich, konkretnych zdań, skupiających się na istotnych sprawach. Taki sposób prowadzenia narracji przekłada się na niemożność oderwania się od czytanych stron. Książka Lawrence’a Blocka wciąga. Ale nie spektakularnymi zwrotami akcji, czy wyrafinowaną intrygą, lecz klimatem, który z pewnością docenią wielbiciele kryminału noir.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Portalu Kryminalnym: Telefoniczne śledztwo

Stulecie powieści kryminalnej

Detektyw w krainie cudów. Powieść kryminalna i narodziny nowoczesności (1841-1941) - Tadeusz Cegielski

„Jedna z tez niniejszej pracy brzmi: nie ma kryminału bez kobiet!”, pisze Tadeusz Cegielski w „Detektywie w krainie cudów”, czym od razu zdobywa moje czytelnicze serce. I aby nie być gołosłownym, już na pierwszej stronie przywołuje ważną – z punktu widzenia narodzin gatunku kryminalnego – postać kobiecą. Mowa o Catherine Crowe, która w 1841 roku opublikowała swoją pierwszą powieść detektywistyczną. W tym samym roku Edgar Allan Poe, uważany za ojca literatury detektywistycznej, opublikował swoje pierwsze opowiadania. O ile Poe jest znany szerokiej rzeszy czytelników od dawna, tak postać Crowe została doceniona stosunkowo niedawno. Odnotowanie jej niezaprzeczalnie ważnej obecności na historycznej mapie literatury kryminalnej uważam za plus publikacji Tadeusza Cegielskiego. „Nagłe” pojawienie się Catherine Crowe jest kolejnym dowodem na to, że w przeszłości rola kobiet w wielu dziedzinach, także naukowych, była niezauważana nie dlatego, że kobiet na wielu polach w ogóle nie było, ale właśnie dlatego, że bagatelizowano ich obecność. Co oczywiście nie zmienia faktu, że do wielu dziedzin miały utrudniony dostęp, a to również wpłynęło na brak kobiet w historii wielu nauk i zawodów. Im dalej w tekst, tym autor coraz bardziej potwierdza tezę postawioną w przywołanym na początku fragmencie. Cegielski pokazuje, że to właśnie m. in. dzięki kobietom rozwijało się czytelnictwo i pęd ku powieści popularnej – były zarówno autorkami, jak i odbiorczyniami literackiego przekazu. Oprócz utworów męskich, odnosi się również do dzieł autorstwa kobiet, a kiedy przywołuje stanowiska innych badaczy literatury kryminalnej, równie chętnie cytuje mężczyzn, co kobiety.

 

Niemniej jednak tematem pracy Tadeusza Cegielskiego nie jest rola kobiet w literaturze kryminalnej, lecz sama literatura kryminalna oraz jej zależność od rzeczywistości. Autor pokazuje jak czynniki zewnętrze kształtowały ten rodzaj literatury oraz jak ona sama kształtowała rzeczywistość. Wyróżnia trzy główne czynniki, które zadecydowały o rozwoju kryminału i czytelnictwa w ogóle. Pierwszym czynnikiem był rozwój druku oraz dostępność tekstu pisanego szerszej masie ludzi, w tym grupom, które do tej pory nie miały dostępu do literatury ze względu na wysoką cenę woluminów. Następowała także większa migracja ludności do miast, w których wyodrębniały się mroczne dzielnice, gdzie szerzyła się przestępczość. Była to idealna pożywka dla fikcji literackiej, a zwłaszcza jej kryminalnego odłamu.

 

O powyższych czynnikach kształtujących i wpływających na rozwój literatury kryminalnej czytamy w początkowych rozdziałach pracy. Tadeusz Cegielski bowiem prowadzi swój wywód chronologicznie. Od początku zauważamy także, iż praca nie dotyczy tylko samej literatury. Autor obszerne fragmenty poświęca także owym szczegółowym czynnikom wpływającym na kształt literatury kryminalnej. Czytamy więc o takich ciekawostkach jak pochodzenie kartoteki policyjnej, czyli dokumentacji bez której obecnie nie można sobie wyobrazić pracy śledczego. Jej pomysłodawcą był niejaki Vidocq – barwna postać, która zanim wpłynęła na skuteczność pracy policyjnej, sama imała się działań przestępczych. Nie każdy z pewnością wie, iż na przykład FBI początkowo było agencją detektywistyczną, a Agatha Christie w jednej ze swoich powieści złamała jeden z postulatów obowiązujących w Klubie Detektywów… Takie ciekawostki, jak i wiele innych, będzie miał okazję poznać czytelnik, który weźmie do ręki książkę Tadeusza Cegielskiego.

 

Chronologia wywodu dotyczy zarówno przywoływanych kontekstów, jak i samej literatury kryminalnej. Najpierw poznajemy więc twórczość Edgara Allan Poe, otrzymujemy zarys historii powieści gotyckiej, a potem przechodzimy do detektywa-geniusza, czyli Sherlocka Holmesa, któremu autor poświęca spore partie tekstu. Nie inaczej jest także w przypadku Agathy Christie, której początki twórczości przypadły na Złoty Wiek literatury kryminalnej czyli dwudziestolecie międzywojenne. Po wojnie natomiast rozkwita literatura hard-boiled i jej filmowy odpowiednik czyli kryminał noir. Kiedy kończę czytać ostatnie strony, pojawia się pewien niedosyt, spowodowany faktem, iż wywód nie został pociągnięty dalej, aż po popularną dziś literaturę skandynawską. Świadczy to o tym, że dałam się wciągnąć w wywód Tadeusza Cegielskiego i z chęcią posłuchałabym, co ma do powiedzenia na temat zależności literatury kryminalnej i rzeczywistości w kolejnych latach. Osobom, które po lekturze „Detektywa w krainie cudów” podobnie jak ja poczują pewien niedosyt, mogę polecić posłowie do zbioru szwedzkich opowiadań kryminalnych „Ciemna strona”, z którego można poznać historię szwedzkiego kryminału oraz przyczyny jego wciąż rosnącej popularności.

 

„Detektyw w krainie cudów” to znakomita lektura dla wszystkich tych, którzy pragną zapoznać się z historią powieści kryminalnej, albo uporządkować posiadane już wiadomości. Z tym że książka Tadeusza Cegielskiego jest raczej rysem historycznym, niż pozycją z zakresu teorii literatury. Niemniej jednak ważnym i niewątpliwie posiadającym walory poznawcze. Polecam.

Zbrodnia w górach

Śleboda -  Małgorzata Kuźmińska, Michał Kuźmiński

Zacznę od tego, że wielką miłośniczką gór nie jestem. Od widoku górskich szczytów i dolin tonących we mgle, wolę ciepły piasek przesypujący się przez palce, szum morza i horyzont, gdzie niebo styka się z taflą wody. Nie przepadam także za góralską gwarą i folklorem, co oczywiście nie oznacza, że nie cenię ich jako barwnych elementów składających się na całościowy koloryt naszego kraju. Po prostu jeśli wszystko jest kwestią gustu, to kierując się własnym, mając do wyboru urlop w górach i nad morzem, bez wahania wybrałabym morze. Co więc sprawiło, że sięgnęłam po książkę tak mocno osadzoną w górskich realiach, że nawet bohaterowie w wielu przypadkach posługują się góralską gwarą? Ciekawość. Byłam po prostu ciekawa jak autorzy książki zaadaptują konwencję kryminału do góralskich realiów. Po lekturze oczywiście zaspokoiłam swoją ciekawość, ale jednocześnie poczułam także sympatię do gór i nawet przez chwilę pomyślałam, że pomysł zarzucenia plecaka na plecy – jak czyni to główna bohaterka, Anna – i udanie się w kierunku Zakopanego, brzmi zachęcająco.

 

Niemniej jednak „Śleboda” autorstwa Małgorzaty i Michała Kuźmińskich nie tylko wzbudza tęsknotę za górską przygodą u osób, których nigdy wcześniej podobne pomysły nie ekscytowały, ale jest to również wartościowa proza równie mocno osadzona w realiach góralskich, co w realiach współczesnych. Jestem przekonana, że za kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat, przyszli czytelnicy „Ślebody” z łatwością uchwycą charakter naszej współczesności, gdzie praktycznie nie obywamy się bez portali społecznościowych, tabletów, laptopów i smartfonów. Nowoczesny anturaż wkrada się także w życie współczesnych górali, którzy pragnąc przyciągnąć turystów, zamiast tradycyjnych dań serwują cuda, które już na poziomie językowym wydają się być dziwaczne – na przykład góralburgery. Kiedy wraz z główną bohaterką obserwujemy widoki co chwilę pokazujące się i znikające w oknie autobusu, uświadamiamy sobie, że im bliżej Tatr, tym jest coraz więcej paskudnych bilbordów szpecących krajobraz. Kontrast między starym, a nowym jest w powieści stale obecny, a jego charakter jest wyznacznikiem klimatu współczesności.

 

Powieść małżeństwa Kuźmińskich jest niezwykle warstwowa i różnica między tym, co było, a tym co jest konstytuuje się również w warstwie językowej. Kiedy młode pokolenie posługuje się czystym językiem polskim, od czasu do czasu jedynie inkrustowanym gwarowymi naleciałościami, to starsi ludzie komunikują się wyłącznie za pomocą gwary. Abstrahując jednak od pokoleniowych kontrastów wyrażających się w języku i podejściu do życia, należy zauważyć, że funkcją języka w powieści nie jest tylko zwracanie uwagi na różnice między młodymi i starymi. Początkowe partie tekstu są dosyć poetyckie, możemy odnaleźć na przykład kilka metafor („Uśmiechnął się klawiaturą bielonych zębów”). Jednak im dalej w tekst, tym jest bardziej prozatorsko. Ale nie do końca, bo przed każdym rozdziałem, a niekiedy także w trakcie, pojawiają się fragmenty góralskich piosenek, które pełnią funkcję komentarza do rozgrywającego się wydarzenia, bądź zawartości całego rozdziału.

 

Owe teksty piosenek są ukłonem w stronę góralskiego folkloru i tradycji, ale kto myśli, że książka Kuźmińskich jest bezkrytycznym peanem na cześć góralszczyzny, myli się. Autorzy pamiętają także o kontrowersyjnych zdarzeniach z przeszłości. Mowa o Goralenvolk, akcji germanizacyjnej przeprowadzonej w czasie drugiej wojny światowej na Podhalu. Propagowano wówczas ideę, jakoby górale byli pochodzenia niemieckiego. Wielu z nich otrzymywało wówczas kenkartę, co przez górali nie dających się omamić propagandzie, uważane było za rodzaj zdrady. Ale jak pokazuje historia Babońki, staruszki pamiętającej niejeden góralski sekret, posiadanie kenkarty nie zawsze wiązało się ze zdradą. Babońka także posiadała kenkartę, ale kierowały nią zupełnie inne pobudki. Jak widać autorzy stronią od jednoznacznych sądów, mając całkowicie świadomość, że przeszłość jest bardziej skomplikowana niż może się wydawać.

 

Jeśli jesteśmy już przy przeszłości, to należy zaznaczyć, że w powieści również mocno zarysowany został wątek dotyczący zdarzeń sprzed lat. Dotyczy on postaci Jana Ślebody, który zostaje zamordowany. Śleboda jest w Murzasichlu osobistością kontrowersyjną. Podczas wojny kolaborował z Niemcami, po wojnie natomiast współpracował z bezpieką. Na jego przykładzie autorzy pokazują jednostkę, która potrafi odnaleźć się w każdym ustroju. Ale tak, jak jest w przypadku Goralenvolku, i tutaj autorzy wystrzegają się jednoznacznych sądów, pokazując, że Śleboda posiadający wiele negatywnych cech, może wzbudzić w kimś miłość oraz może być wierny pewnym wartościom, dla których gotów byłby oddać życie. Śmierć Ślebody uruchamia w powieści wątek kryminalny, który został potraktowany… życiowo. Co to znaczy? Autorzy nie snują misternej intrygi, która w prawdziwym życiu prawdopodobnie by się nie wydarzyła. Nie wprowadzają również nieprzeciętnie inteligentnego sprawcy, który w realnych kronikach kryminalnych rzadko się pojawia, lecz plotą intrygę opartą na najczęstszych ludzkich motywacjach, pchających człowieka do popełnienia zbrodni. Tym samym zdają się polemizować z autorami, którzy komplikują intrygę i wymagają zarówno od czytelnika, jak i literackiego detektywa, uruchamiania wielorakich kontekstów. Mimo tak pomyślanej intrygi, nie brakuje w powieści punktów zwrotnych, które niezaprzeczalnie przykuwają uwagę czytelnika. A skoro już jesteśmy przy wrażeniach czytelniczych, to koniecznie muszę nadmienić, że jest w powieści moment, kiedy działanie bohaterów, a właściwie jego brak, wprawia czytelnika w lekką irytację. W powieści występuje postać Romusia, starego człowieka chorego na autyzm, który od wielu lat jest uważany przez mieszkańców Murzasichla za miejscowego głupka. Okazuje się, że tylko on widział mordercę rodziny Ślebodów, ale nie potrafi się tą informacją z nikim podzielić. Jedyne słowa, które wypowiada to ciąg kilku liczb. Kiedy czytelnikowi od razu przychodzi do głowy myśl, że ciąg liczb to nic innego, jak numer rejestracyjny auta, bohaterowie zachowują się jakby nie potrafili myśleć logicznie. Co zupełnie nie pasuje do dziennikarza i antropolożki kultury z tytułem doktora. To tylko niuans w kontekście całej powieści, ale mimo wszystko wypada dość niewiarygodnie.

 

Wspominana wyżej postać Romusia, Babońka, będąca skarbnicą starych, zapomnianych historii, mieszkańcy oraz osoby przybyłe wpasowują się w obraz małej miejscowości, żyjącej z turystów. Mimo że jest to konkretna osada, osadzona w konkretnych realiach, to jest w niej coś z uniwersum. W Murzasichlu skupiają się wszystkie dobre i złe cechy wszystkich małych miejscowości, w których każdy każdego zna. Ale na dwójkę przybyszów, Annę i Sebastiana, wywrze zupełnie inny wpływ. Anna wraca do Murzasichla po latach. Pobyt w góralskiej miejscowości jest dla niej uporządkowaniem pewnych spraw z przeszłości. Natomiast dla Sebastiana okaże się ona miejscem przemiany. Cwany, pewny siebie i grający nie do końca fair, dziennikarz całkowicie zweryfikuje swoje postrzeganie pewnych spraw. A Murzasichle, które chwilowo zatrzęsło się w swoich posadach, powróci na dawne, uporządkowane tory.

 

Podsumowując: powieść „Śleboda” to kryminał idealnie osadzony w podhalańskich realiach, z życiową intrygą, doskonale uchwytujący klimat góralskiej kultury oraz współczesności. Polecam.

"Kryminał, to zabawa literacka" - wywiad z Pawłem Szlachetko

Starszym czytelnikom osoba Pawła Szlachetko powinna być znana za sprawą słuchowisk radiowych, które pisarz tworzył dla Polskiego Radia w latach 1985–1994. Mowa o "Teatrzyku Zielone Oko". Wiele słuchowisk można obecnie odsłuchać w Internecie - do czego zachęcam - natomiast z najnowszą twórczością Pawła Szlachetko można się zapoznać sięgając po lekturę jego ostatniej książki zatytułowanej "Adwokat spraw ostatnich". W wywiadzie autor opowiada m. in. o swojej najnowszej powieści, najbliższych planach literackich oraz o tym, jak wygląda praca nad słuchowiskiem radiowym.

 

 

Lubi Pan przekraczać granice?

 

Jeśli chodzi o międzynarodowe, owszem – dużo podróżuję po świecie. Przekraczania granic dobrego smaku – unikam. Jeśli zaś chodzi o granice literackie, bo o nie pewnie Pani pyta… Czy literatura w ogóle ma jakiekolwiek granice? Uważam, że w literaturze, zwłaszcza kryminalnej, nic nie powinno mnie ograniczać, prócz obowiązku dostarczenia czytelnikowi dobrej rozrywki. Napisałem „rozrywki”, gdyż ostatnimi czasy nasza literatura kryminalna, nie wiedzieć czemu, zaczyna mieć ambicje stania się społeczno-kryminalną. W efekcie zagadka kryminalna zostaje sprowadzona do roli ozdobnika, albo szeleszczącego papierka, w który „zawija” się dyskusję na poważne tematy. Tak więc obecnie (według mnie) polski kryminał (nawiązując do Pani „granic”) nieco przekracza granice, które sytuują go na pograniczu powieści społeczno-obyczajowej i psychologicznej, gdzie najmniej chodzi o zagadkę kryminalną. Szkoda.

 

Pytam, bo w ostatniej książce, zatytułowanej „Adwokat spraw ostatnich”, przekroczył Pan granice kryminału, łącząc różne konwencje oraz wprowadzając elementy fantastyki. Skąd wziął się taki pomysł?

 

Przepraszam, ale nie wprowadziłem żadnych elementów fantastyki. Użycie cytatów z książek, które napisano ponad 40 lat temu było jedynie zabawą literacką, dla tych, którzy są „wtajemniczeni”. I to moja jedyna przewina. Opisy innych światów, urządzeń czy też oprogramowań, które owe światy kreują są dziś coraz powszechniej używane. Więc nie opisuję czegoś, co może kiedyś będzie dostępne rodzajowi ludzkiemu. Nie oferuję lotu do gwiazd, a jedynie posługuję się elementami technicznej rzeczywistości, która jest dostępna każdemu, kto interesuje się takimi nowinkami.

 

Wielu czytelników niechętnie podchodzi do elementów fantastyki w kryminale. A co Pan, jako autor i czytelnik, o tym sądzi?

 

Nie bardzo potrafię odpowiedzieć na Pani pytanie, gdyż ja nigdy nie pisałem fantastyki. Powtarzam – ja tylko przedstawiam to, co technika współczesna ma nam do zaoferowania i umieściłem to w „Adwokacie”. Przy okazji warto zwrócić uwagę na fakt, że wielu polskich czytelników nigdy nie czytało dobrej powieści, która łączyłaby elementy fantastyki i kryminału (że przypomnę „starocie”: „Pozytronowy detektyw” Isaaca Asimowa, czy „Łowcę androidów” Philipa K. Dicka). Dlaczego dziś tego nie ma? Wielu pisarzy idzie na łatwiznę. Bo po co się wysilać i samemu edukować – gdyż fantastyka naukowa wymaga wiedzy. Myślę, że nasza rodzima literatura kryminalna niczego nie szuka, a jedynie powiela wypracowane przez innych tropy, np. w ostatnich latach bardzo mocno daje się u nas odczuć wpływ kryminału skandynawskiego, z którego wielu czyni zwykłe kalki.

 

Patrząc na historię gatunku kryminalnego, zauważamy, że zmieniał się on na przestrzeni lat. Jak Pan myśli, w jakim kierunku będzie ewoluował ?

 

Kryminał, to zabawa literacka, która może być równie szlachetna i na długie lata zapaść w pamięci czytającego, jak każda inna powieść z jakiegokolwiek gatunku. Ale to nadal zabawa, tylko że za każdym razem „uszyta” przez gorszego lub lepszego „krawca”. Ten gatunek nie ma zbyt dużego pola manewru. Powieść może być wyrafinowana lub żenująco przewidywalna. Nadal jednak obowiązuje zasada, że nic tak nie ożywia uwagi czytelnika jak trup. Tak więc słowo „ewolucja kierunku” wolałbym zamienić na „ewolucję finezji”.

 

 

Które fragmenty „Adwokata spraw ostatnich” pisało się Panu najprzyjemniej?

 

Nie ukrywam, że największą satysfakcję sprawiło mi pisanie ostatniego (krótkiego) rozdziału. To była straszna frajda wiedzieć, że jest się coraz bliżej końca dwóch lat ciężkiej harówy. Ale kiedy już napisałem ten cholerny rozdział, to byłem strasznie zły, że był on tak krótki i moja przygoda z pierwszym tomem „Adwokata” właśnie się skończyła.

 

W książce nawiązuje Pan do ulubionych pisarzy z dzieciństwa. Po jakich autorów lubi Pan sięgać obecnie?

 

Moim ukochanym autorem jest nieżyjący już czeski pisarz Bohumil Hrabal. Jeśli zaś chodzi o polskich autorów… Tu moim jedynym guru jest Jeremi Przybora, którego większość tekstów znam na pamięć. Co to ma wspólnego z kryminałem, policją i śledztwem nie wiem i nie zamierzam tego dociekać.

 

Był Pan także autorem tekstów do cyklu słuchowisk w III Programie PR „Teatrzyk Zielone Oko”. Proszę powiedzieć, jak wygląda praca nad takim tekstem?

 

Dzisiaj w polskim radiu słuchowiska kryminalne są rzadkością, a szkoda. Wszyscy na wszystkim oszczędzają, od pisarzy poczynając, a na słuchaczach kończąc. Totalna paranoja. Jeśli zaś chodzi o technikę pracy… Hm, przepis jest strasznie prosty… Najpierw trzeba mieć wystrzałowy pomysł, potem rozpisać dokładną drabinkę „dziania się” słuchowiska, scena po scenie. Przez cały czas należy pamiętać, że na wyobraźnię słuchacza możemy oddziaływać jedynie poprzez jego zmysł słuchu, czyli dialogami, dźwiękami. Wreszcie należy bezwzględnie samemu dobrze bawić się przy pisaniu – bawić się, a nie kalkulować, co nam się bardziej opłaci, co jest bardziej modne, nośne i oczekiwane. W efekcie z 10 tak napisanych słuchowisk trzy pójdą do kosza, dwa okażą się „do przyjęcia”, dwa będą całkiem niezłe, dwa więcej niż dobre, a o jednym (może) ktoś kiedyś powie, że było genialne – z olbrzymim naciskiem na słowa:, „może” i „kiedyś”.

 

Czy ma Pan ulubiony gatunek literacki?

 

Z wiekiem moje gusty uległy całkowitej zmianie. Praktycznie teraz czytam jedynie literaturę faktu. Z moich ostatnich lektur zainteresowanym polecam: „Historię czystości i brudu” Georgesa Vigarello.

 

Z lektury „Adwokata spraw ostatnich” możemy wyczytać Pana inspiracje literackie. A co poza literaturą Pana inspiruje?

 

Gry komputerowe, których, od początku istnienia, jestem wielkim fanem. Pisałem słuchowiska, serial dla TV, scenariusze filmowe… Czemu zatem miałbym nie napisać (i zostać współproducentem) gry komputerowej z elementami kryminału i horroru? W efekcie, w chwilach wolnych od pisania powieści, właśnie piszę storyboard „mojej” gry.

 

Jak lubi Pan spędzać wolny czas?

 

Nie lubię mieć wolnego czasu. Moja żona zaś dodatkowo twierdzi, że nie potrafię dobrze go spożytkować, gdyż jestem niezadowolony, gdy nic nie robię. Oczywiście uważam, że nie ma racji i jej zmuszanie mnie do odejścia od komputera jest pozbawione sensu. Kiedy jednak wracamy z kolejnej wyprawy lub wyjazdu przyznaję jej rację, że (chyba) miała słuszność, że zmusiła mnie do wzięcia sobie wolnego.

 

 

Nad czym obecnie Pan pracuje i kiedy możemy się spodziewać kontynuacji „Adwokata spraw ostatnich”?

 

Od roku piszę dalsze części cyklu „Adwokat”. Nie będzie to jednak klasyczny ciąg powieściowy, gdzie w kolejnych tomach poznajemy dzieje naszych bohaterów. Skupiam się na stworzeniu uniwersum, w którym żyje i działa Maks Werben, tytułowy adwokat, i jego siostra, Tamar. Nie każda książka, która wydarzy się w tym świecie będzie im poświęcona. Będą oni przewijać się na kartach poszczególnych powieści, ale niekoniecznie jako jej główni bohaterowie. Tak właśnie jest z moją najnowszą książką: „Zabij MonaLizę”. Przez wiele lat, z ramienia ministerstwa kultury, zawodowo zajmowałem się poszukiwaniem w kraju jak i za granicą polskich dzieł sztuki, które zostały ukradzione w czasie II wojny, a także w ostatnich 60 latach po jej zakończeniu. Przy okazji poznałem kilku fałszerzy dzieł sztuki na świecie. Kryminał zatem będzie (jak mniemam) interesujący. A przy okazji – czy Pani wie, że 10 lutego 1991 roku, z bazyliki oo. Dominikanów w Lublinie ukradziono trzecią pod względem wielkość na świecie część krzyża św. na którym (jakoby) skonał Chrystus? To jeden z kilku bezcennych artefaktów naszej kultury narodowej, które mieliśmy w Polsce, a o których rodacy niewiele wiedzą. „Zabij MonaLizę” przypomni historie kilku z nich, a zarazem pokaże kulisy tworzenia się i działania jednego z najbardziej intratnych interesów mafijnych na świecie – handlu skradzionymi oraz sfałszowanymi dziełami sztuki, w którym polscy przestępcy zajmują liczące się miejsce.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Paweł Szlachetko - autor kilkunastu słuchowisk radiowych, pisanych dla Polskiego Radia w latach 1985–1994, równolegle z powieściami sensacyjnymi pod pseudonimem Arthur Ray (m.in. „Poker morderców”). Scenarzysta filmowy i telewizyjny („Śladami złodziei aniołów”, „Zwerbowana miłość”; oba na podstawie tekstów wydanych pod własnym nazwiskiem), twórca cyklów reportaży i kilku powieści kryminalnych. W 2012 roku nominowany do literackiej Nagrody Wielkiego Kalibru za powieść „Wichrołak”.