…a po sezonie już tylko zbrodnia

Poza sezonem - Jørn Lier Horst, Milena Skoczko

Nadmorska miejscowość tuż po sezonie turystycznym, kiedy słońce słabiej przygrzewa, a wokół opadają jesienne liście; nadpływająca znad morza mgła i spowijająca krajobraz; wilgoć i deszcz na zewnątrz, a trzaski palącego się drewna w kominku w jednym z nadmorskich domków – czyż te obrazy nie pobudzają wyobraźni? Czy nie wzbudzają oczekiwań? W każdym razie moją wyobraźnię pobudziły i sprawiły, że miałam duże oczekiwania jeśli chodzi o kryminał Jorna Lier Horsta „Poza sezonem”. Nadmorskie realia po sezonie turystycznym są przecież idealnym wyborem jeśli chodzi o umiejscowienie akcji kryminału skandynawskiego, który cechuje mroczna, szaro-bura, ciężka atmosfera. Kolejnym impulsem pobudzającym moje oczekiwania i zainteresowanie, był oczywiście fakt, że „Poza sezonem” jest właśnie kryminałem skandynawskim, który należy do moich ulubionych rodzajów powieści kryminalnych. Jak wiadomo, określenie „kryminał skandynawski” nie odnosi się tylko do geograficznej proweniencji tego typu kryminałów, lecz jest również kondensacją szeregu cech dla niego charakterystycznych. Mroczny klimat, psychologizacja postaci, zaangażowanie społeczne – to tylko nieliczne cechy kryminału skandynawskiego, wiele zawdzięczającego tradycji czarnego kryminału, ale mnie w zupełności wystarczają, aby zawsze z ochotą sięgać po kryminały z Północy. Niestety, kryminał Horsta nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, okazując się literaturą nieco słabszą. Chociaż należy przyznać, że jako kryminał o policyjnych procedurach „Poza sezonem” wypada dość dobrze.

 

Klimat stworzony przez Horsta w „Poza sezonem” jest prawdziwą gratką dla czytelników gustujących w mroczniejszych klimatach. Mamy tutaj bowiem nadmorską miejscowość ukazaną w realiach poza sezonowych. Robi się coraz chłodniej. Poranki są wilgotne, a okolicę spowija gęsta mgła. Wiatr szumi po pustym wybrzeżu, unosząc jesienne liście. W nadmorskich domkach panuje chłód, który rozproszyć może jedynie gorący płomień w kominku. Zagadkowości i grozy całej atmosferze dodaje fakt, że z niewyjaśnionych powodów z nieba coraz liczniej zaczynają spadać martwe ptaki. W takich właśnie okolicznościach dochodzi do szeregu zbrodni, których powody będzie się starał wyjaśnić komisarz William Wisting.

 

Atutem powieści Horsta jest z pewnością skrupulatność z jaką autor odtwarza poszczególne etapy śledztwa, co w zasadzie nie powinno dziwić, skoro Horst ma za sobą przeszłość policyjną. W tej materii jest bezkonkurencyjny. Wszelkie niuanse towarzyszące postępowaniu na miejscu zbrodni: zabezpieczanie śladów, postępowanie z ciałem, w wydaniu norweskiego pisarza brzmią wiarygodnie, nie ma w nich nawet cienia fałszu. Każdy z policjantów ma przydzielone zadanie, które sumiennie wykonuje. Praca śledczych została więc tu ukazana jako robota zawodowców, do tego skutecznych, konsekwentnie dążących do rozwikłania zagadki. Właściwie żaden element pracy śledczego nie został tutaj pominięty. Mamy tu również ukazany mechanizm kontaktowania się policji z mediami. Zaglądamy za kulisy oficjalnych wersji zdarzeń podawanych do prasy. Dokładność z jaką Horst kreśli obraz pracy policjantów śledczych z pewnością kwalifikuje „Poza sezonem” do kryminałów określanych jako powieści policyjnych procedur.

 

Jak wspomniałam wyżej, kryminał skandynawski często charakteryzuje społeczne zaangażowanie, wrażliwość na jakiś aspekt rzeczywistości. I u Horsta również to mamy, chociaż wolałabym, aby tego w ogóle tutaj nie było. Widać, że autor chce dobrze, ale wychodzi bardzo słabo, wręcz żenująco, by nie powiedzieć: śmiesznie. A to nie dobrze, bo temat imigrancki jest tematem poważnym i wymagającym rzetelności. W zamian mamy bohaterów wyrysowanych grubą kreską, która bardziej zbliża ich do karykatury niż istotnego problemu. Z powieści wywnioskowałam, że w Norwegii wraz z otwarciem granic i przybyszami ze wschodniej części Europy, wzrósł wskaźnik kradzieży i drobnych rozbojów, za które obwinia się owych wschodnio-europejskich imigrantów. Horst najwyraźniej próbuje trochę ich usprawiedliwić. W powieści są to Litwini. Oczywiście usprawiedliwia, ale są to konkluzje na poziomie rozumowania, hm, dorastającego dzieciaka? Przede wszystkim błąd popełnia wrzucając wszystkich do jednego worka, worka w którym kłębią się sami drobni i więksi przestępcy. Wszyscy Litwini, a także inni przybysze ze wschodu Europy, są przestępcami przybywającymi do Norwegii tylko po to, aby dokonywać rozbojów i kraść. A wystarczyło przecież pokazać, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Tymczasem Horst uznawszy, że każdy wschodnio-europejski imigrant to złodziej i przestępca, próbuje nieudolnie usprawiedliwiać grabieże przez nich dokonywane: „Kiedy ludzie z biednych krajów, takich jak nasz, przyjeżdżają do was, żeby pracować albo kraść, to nie po to, żeby się wzbogacić, lecz po to, żeby móc stanąć na własnych nogach. To jest złe, oczywiście, że tak, ale biedni ludzie muszą myśleć o sobie”. Nie dezawuuje więc kradzieży jako takiej, ale usprawiedliwia ją biedą. Zdaje się mówić do Norwegów (bo w końcu jest pisarzem norweskim i powieść w pierwszej kolejności prawdopodobnie kieruje do swoich rodaków): nie złośćcie się na imigrantów, bo cóż z tego, że kradną wasze rzeczy, nie mają przecież wyjścia, bo są biedni, wybaczcie im. Koszmarnie wypadają również sceny, kiedy Wisting przebywa na Litwie i niemal na każdym kroku jest osaczany przez żebraków. Tu również autor prawdopodobnie miał dobre intencje, chciał pewnie uwrażliwić czytelnika na biedę, ale sceny te, podobnie jak w przypadku zarysu postaci Litwinów, wypadają karykaturalnie. Chociaż z drugiej strony takie czarno-białe, proste postrzeganie rzeczywistości być może dobrze sprawdziłoby się w powiastce z morałem dla dzieci. Ale „Poza sezonem” nie jest powiastką dla dzieci, lecz skandynawskim kryminałem dla dorosłych czytelników, od którego wymaga się czegoś więcej. Tymczasem poważna tematyka została sprowadzona tutaj do roli groteski i w trakcie lektury – z pewnością wbrew intencjom autora – podśmiewywałam się nad nią pod nosem.

 

Reasumując: „Poza sezonem” Horsta nie jest kryminałem najwyższych lotów. Co prawda pociąga specyficznym klimatem, jest perfekcyjny pod względem odtworzenia policyjnych procedur, ale brak mu głębi jeśli chodzi o diagnozę społecznego wątku, który autor podjął się eksplorować. „Poza sezonem” to lektura na jeden wieczór, o którym raczej szybko się zapomina.