O miłości, starości i przemijaniu

Pewnego razu w Moskwie - Beauvoir Simone

Czy utwór, który na długo pozostaje w pamięci czytelnika, skłaniając go do przemyśleń, musi być obszerny? Czy musi charakteryzować się wielowątkowością i szeregiem poruszanych tematów? Czy musi być pisany wyszukanym językiem? Każdy, kto czytał „Pewnego razu w Moskwie” Simone de Beauvoir z pewnością odpowie, że nie. Tekst francuskiej pisarki i myślicielki nie jest obszerny. Składa się z około stu stron. Ogniskuje się wokół jednego wątku, a ilość poruszanych tematów również jest ograniczona. Język jest prosty, niewyszukany. A mimo to „Pewnego razu w Moskwie” porusza, skłania do myślenia, niepokoi i nie daje o sobie zapomnieć. Simone de Beauvoir pisze bowiem o lękach, które tkwią w każdym z nas, mniej lub bardziej uświadomione. Dlatego tak łatwo jest się z jej prozą identyfikować i przeżywać ją, a trudno po skończonej lekturze rozstać.

 

Gatunkowo utwór autorki „Drugiej płci” spełnia wszystkie wymogi charakteryzujące nowelę. Jest nieobszernym utworem literackim o jednowątkowej fabule, pozbawionym rozbudowanych opisów krajobrazu i postaci, których w tekście jest zaledwie trzy. Dwa poruszane tematy dotyczą spraw politycznych oraz relacji międzyludzkich. Andre, zwolennik socjalizmu, przeżywa bolesne rozczarowanie ideą, kiedy znajdując się w jej epicentrum, czyli w Rosji, przygląda się jej z bliska. Ale nie kwestie polityczne są w tej noweli najciekawsze i najważniejsze, zwłaszcza, że wnioski wydają się już być przebrzmiałe i nieodkrywcze. Najistotniejsze są problemy związane z budowaniem relacji, bo są uniwersalne i ponadczasowe.

 

Przyglądamy się Andre i Nicole, starszemu małżeństwu, które wybrało się w podróż do Moskwy. Wyprawa staje się okolicznością wpływającą na kryzys między nimi. Gdyby nie pozytywne zakończenie, nowelę można by było uznać za kontestację instytucji małżeństwa, co niejako zgadzałoby się ze światopoglądem autorki. Ale ostatecznie jest to raczej opowieść o kryzysie małżeńskim, niż o niepotrzebności tej instytucji. Z biegiem lat Andre i Nicole oddalają się od siebie. Okazuje się, że mur między małżonkami może wyrosnąć nie tylko z nadmiaru wypowiedzianych słów, ale także z ich braku. Andre i Nicole nie rozmawiając, nie dzieląc się swoimi przeżyciami, stają się wobec siebie chłodni, jednocześnie doświadczając tego, czym jest samotność u boku drugiej osoby. W głębi siebie jednak, o czym dowiadujemy się z ich monologów, wciąż pragną bliskości i poczucia bycia potrzebnym. Okazuje się, że różni jako mężczyzna i kobieta, mają te same potrzeby i lęki. Każde z nich ma wrażenie, że jest drugiej osobie niepotrzebne, a jednocześnie pragnie znów być potrzebnym. „Pewnego razu w Moskwie” jest zatem opowieścią o miłości, o jej różnych obliczach, o tym, że miłość zmienia się wraz z wiekiem, o tym, że jest nie tylko pasmem ciągłego zauroczenia, ale także pasmem kryzysów i kłótni, podczas których każdy z partnerów wylewa z siebie wszelkie zadawnione urazy z siłą spadającego wodospadu.

 

Wspólne długoletnie bycie ze sobą jest nie tylko próbą miłości, ale także doświadczaniem procesu przemijania. Towarzysząc drugiej osobie przez wiele lat, widzimy jak się zmienia, zarówno charakterologicznie, jak i fizycznie. Najbardziej widocznymi symptomami są oczywiście objawy fizyczne, toteż z problemem przemijania nierozerwalnie wiąże się problem starości i on także jest jednym z tematów poruszanych przez autorkę „Mandarynów”. Znamiennym jest to, że bardziej przeżywa ją Nicole. Wprawdzie Andre także odczuwa skutki starości, związaną z nią aseksualność, niemoc, zmęczenie, ale to właśnie Nicole, jako kobiecie, trudniej jest się z nią pogodzić. Tym bardziej, że psychicznie nadal czuje się młodo. Z pewnym smutkiem wspomina czas, kiedy stała się obojętna dla oczu mężczyzn. Starość to także okres, kiedy dokonuje się życiowych podsumowań dotyczących osiągnięć i porażek, to także czas zbierania plonów decyzji podjętych w młodości. Reasumuje się wówczas rozczarowania i osiągnięte sukcesy. Być może tę dłuższą nowelę Simone de Beauvoir należycie zrozumieją czytelnicy w pewnym wieku, ale radziłabym przeczytać ją również młodszym czytelnikom, bo młodość to czas, kiedy jeszcze nic nie jest przesądzone, więc warto skorzystać z refleksji zawartych w utworze.

 

Oprócz Andre i Nicole, w noweli pojawia się jeszcze jedna postać – Masza, córka Andre z pierwszego małżeństwa, która zaprosiła ojca i jego drugą żonę do siebie, do Moskwy. Jej postać nie tylko służy zawiązaniu akcji, bez jej zaproszenia małżonkowie nie odbyliby podróży, ale jest także swoistym kontrastem dla Nicole. Piękna i młoda, kiedy z satysfakcją przegląda się w lustrze, budzi w Nicole nostalgię. Kobieta jeszcze boleśniej przeżywa swój wiek, aseksualność i brak atrakcyjności. Ze smutkiem spostrzega, że Andre zalotne spojrzenia, które kiedyś zarezerwowane były tylko dla niej, kieruje teraz do swojej córki. „Pewnego razu w Moskwie” jest zatem również opowieścią o kobiecości, która zaprzężona w społeczny uzus, jako atrakcyjna jawi się tylko w połączeniu z młodością. Perspektywa czasowa, którą z wiekiem posiadła Nicole, wyraźnie jej to uświadamia.

 

Jestem już nie tylko po lekturze noweli Simone de Beauvoir, ale także w trakcie zapisywania przemyśleń po niej, a mimo to mam wrażenie, że nowela francuskiej pisarki jeszcze długo pozostanie mi w głowie, bo jest to tekst, do którego się ciągle wraca. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, trącąc nagminnie powtarzanym recenzyjnym wytrychem, „Pewnego razu w Moskwie” zmusza do refleksji. Przekonajcie się sami, sięgając po nią.