Seryjny morderca w Nowym Jorku po raz kolejny

Bez śladu - John Lutz, Bartosz Kurowski

Gdyby komuś kiedykolwiek zechciało się oceniać Nowy Jork na podstawie książek Johna Luzta, to niechybnie taki ktoś musiałby dojść do wniosku, że jest to wyjątkowo zepsute miasto, szczególnie upodobane przez seryjnych morderców. Dodatkowo mordercy ci nie przebierają w środkach i swoim ofiarom szykują zwykle długie i bolesne agonie. Raz jest to morderca, który młode i atrakcyjne kobiety obdziera ze skóry, ich ciała przypala rozgrzaną lokówką, gasi na nich papierosy. Aby przedłużyć cierpienie swoich ofiar, kiedy tracą przytomność, cuci je amoniakiem. Innym razem jest to psychopata, który swoje ofiary zabija i ćwiartuje niczym rzeźnik martwe zwierzęta. Nie inaczej jest w przypadku kolejnej książki, zatytułowanej „Bez śladu”. Biorąc ją do ręki, czytelnik ponownie ma wrażenie, że Nowy Jork to istne zagłębie psychopatów, sadystów i seryjnych morderców.

 

Nowy Jork, ogromne miasto, w którym wielu młodych ludzi upatruje ziszczenia marzeń o nowym, szczęśliwym życiu, wielokrotnie zawodzi nadzieje w nim pokładane. Okazuje się, że ciężko tu o stałą pracę oraz o nawiązanie bliższych i trwalszych kontaktów. Amerykańska metropolia sprzyja raczej anonimowości i przelotnym kontaktom, niż wartościowym relacjom, jakimi są miłość i przyjaźń. Dodatkowo ostatnimi czasy miastem zaczyna wstrząsać lawina zagadkowych morderstw. W różnych miejscach, zazwyczaj w centrum miasta i na widoku, odnajdywane są zwłoki. A raczej ich fragmenty, bo zawsze jest to tułów pozbawiony głowy i kończyn. Badania w zakładzie medycyny sądowej wykazują również, że intymne części ofiar były penetrowane za pomocą zaostrzonego przedmiotu. Najprawdopodobniej zastruganego trzonka od szczotki, nasączonego emulsją do czyszczenia mebli. Penetracja następowała dopiero po śmierci, a jej przyczyną był prawdopodobnie strzał w serce. Detektywi prowadzący śledztwo są przekonani, że mają do czynienia z seryjnym mordercą, który zabójstw dokonuje na tle seksualnym. Ale sytuacja zaczyna się zmieniać, kiedy okazuje się, że kolejne ofiary przed śmiercią były maltretowane, jakby mordercy coraz bardziej zaczynało podobać się to, co robi i nie wystarczało mu, że zadaje tylko śmierć. Chce patrzeć na cierpienie swoich ofiar. Jednocześnie w Nowym Jorku działa pewna firma, będąca z pozoru tylko serwisem randkowym, a w rzeczywistości trudniąca się pewnym nielegalnym interesem. Czy jej działalność jest w jakimś stopniu powiązana z torsowym mordercą, jak nazwała go prasa?

 

Odpowiedzieć na to pytanie będzie się starała trójka detektywów: Qiunn, Pearl i Fedderman. Już od dawna nie pracują w policji, ale są zawsze gotowi z nią współpracować, gdy tylko poprosi o to Renz, szef nowojorskiej policji. Na czas śledztwa wynajmuje im tymczasowe biuro oraz udziela wszelkiego wsparcia, o jakie poproszą, wiedząc, że ostatecznie wszelkie poniesione koszty po skończeniu śledztwa i tak się zwrócą. W przeszłości sprawy rozwiązane prze Quinna, Pearl i Feddermana dawały mu awanse. Piął się więc dzięki nim na szczeblach policyjnej kariery ku górze. Detektywi oczywiście dochodzą do wniosku, że torsowy morderca i portal randkowy E-kstaza.org są ze sobą powiązane. To idealna przykrywka dla biznesu trudniącego się eliminowaniem jednych ludzi, a na ich miejsce wprowadzaniem innych – zamożnych, mających problemy z prawem, takich, które z jakichś powodów chciałyby zniknąć.

 

Wszystkie książki Johna Lutza cechuje swoista powtarzalność. Wszystkie dzieją się w Nowym Jorku, są o tej samej trójce detektywów, która zawsze ma do czynienia z seryjnym mordercą. O ile bohaterowie i miejsce akcji mogą być oczywiście atutem, o tyle schematyczność kryminalnej intrygi może czytelnika po prostu nużyć. Czytając Lutza po raz pierwszy odczuwa się dreszczyk emocji, ale każda kolejna lektura, w której ponownie mamy do czynienia z seryjnym mordercą, najzwyczajniej zaczyna nudzić, a autor nie jest wstanie czytelnika już niczym zaskoczyć. Reasumując: John Lutz jako autor na jeden raz – tak, na więcej – niestety nie.