Zło z ulicy Grodzkiej

Kobiety z ulicy Grodzkiej Hanka - Olejniczak Lucyna

Dobrze jest od czasu do czasu wyjść poza własne przyzwyczajenia czytelnicze i sięgnąć po gatunek zwykle nie wybierany. Toteż czasami sięgam po książki obyczajowe. W kryminałach dosyć często mamy do czynienia z wątkami obyczajowymi, ale w pewnym momencie muszą one usunąć się na drugi plan, bo w powieści kryminalnej ostatecznie najistotniejsza bywa zagadka. Za to powieść obyczajowa z definicji skupia się na obyczajowości określonego środowiska czy grupy. Tym razem mój wybór padł na książkę Lucyny Olejniczak zatytułowaną „Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka”. Powieść porusza kilka istotnych problemów – o których napiszę dalej. Ale poza przedstawieniem paru istotnych kwestii, porusza także dosłownie. Czytając, uroniłam kilka łez, co podczas lektury rzadko mi się zdarza. Jeśli „Kobiety z ulicy Grodzkiej” mają za zadanie wzruszać, to mogę zapewnić, że swoje zadanie wypełniają w stu procentach. No bo jak się nie wzruszyć, kiedy czytamy o dobrej, mądrej i skorej do pomocy dziewczynie, której los ciągle rzuca kłody pod nogi? Lektura „Kobiet z ulicy Grodzkiej” jest jak powrót do czasów dzieciństwa, kiedy czytało się, bądź słuchało, baśni o dobrych i złych ludziach, będących metaforyczną kreacją odwiecznej walki dobra ze złem. Powieść Lucyny Olejniczak jest jak baśń dla dorosłych, wychowanych na bajkach. Dzięki niej można wrócić do czasów dzieciństwa, jednocześnie oddając się lekturze książki przeznaczonej dla czytelników dorosłych.

 

Z elementami baśniowości mamy do czynienia już na samym początku, kiedy pewna młoda kobieta rzuca klątwę na całą rodzinę krakowskiego aptekarza. Owy krakowski aptekarz ma na swoim sumieniu wiele niecnych postępków. Czując się panem i władcą we własnym domu, mężczyzna nie przepuszcza żadnej młodej służącej. Są to zwykle bardzo młode dziewczęta, pochodzące z ubogich wiejskich rodzin, które rodzice oddali na służbę w mieście, aby dorabiały do skąpych domowych budżetów. Dziewczyny w domu aptekarza zmieniały się często. Mężczyzna zaspokoiwszy swoje seksualne potrzeby, pozbywał się ciężarnych służących oraz ich dzieci. Dziewczyny rodziły dzieci w piwnicy, po czym zaufany pomocnik aptekarza wyrzucał je, często jeszcze żywe, do pobliskiej rzeki. Dziewczyny natomiast były odprawiane. Ale zdarzały się też takie, które podczas porodu umierały. Tak się stało z Hanką, matką Wiktorii, którą akuszerka podmieniła z umarłym dzieckiem żony aptekarza, które urodziło się tego samego dnia, co dziecko Hanki. Umierająca Hanka przeklęła aptekarza oraz całą jego obecną rodzinę oraz przyszłych potomków. Nie wiedziała, że rzucając klątwę, skazuje na nieszczęście również swoją córkę. Przekleństwo Hanki kładzie się więc cieniem na losach całej rodziny krakowskiego aptekarza. Wiktoria, jej córka, nie ma więc łatwego życia.

 

Lucyna Olejniczak bohaterkami swojej książki czyni głównie kobiety. Bohaterką, która wysuwa się na pierwszy plan, jest Wiktoria – córka zmarłej Hanki, wychowywana jako prawowita córka aptekarza i jego żony. Dziewczyna jednak nie ma łatwego życia. Od początku jest dzieckiem niechcianym przez ojca, który marzył o synu, swoim następcy i spadkobiercy. Bernat, aptekarz, nie szanował kobiet. Ale jego postawa jest odzwierciedleniem mentalności całego ówczesnego społeczeństwa, w którym kobieta traktowana była o wiele gorzej niż mężczyzna. Aptekarz nie wyobrażał sobie, że Wiktoria mogłaby przestąpić próg jego apteki, a w przyszłości ją odziedziczyć. Jednak inteligentna i wytrwała dziewczyna na każdym kroku udowadnia ojcu i otoczeniu, że nie jest gorsza, a często nawet lepsza, od niejednego mężczyzny. Nawet despotyczny ojciec mięknie i ukradkowo cieszy się z pomocy, jaką oferuje mu Wiktoria w aptece. Zaczyna nawet myśleć o zapisaniu jej w spadku apteki. Ale Wiktoria chce więcej. Chce się uczyć. Pokonuje więc kolejne przeszkody: opór ojca, a także powszechne stereotypy mówiące, że kobiecie niepotrzebne jest wykształcenie. Natomiast Wiktoria kończy szkoły i dostaje się także na studia. Mamy początek dwudziestego wieku i studiowanie kobiet wcale nie jest tak popularne, a na uczelniach czuć jeszcze ogólną niechęć do kobiet. Niechętni są zarówno wykładowcy, jak studenci mężczyźni. Na szczęście nie wszyscy tacy są, a inteligenta i wytrwała kobieta powoli zaczyna także imponować początkowym przeciwnikom. „Kobiety z ulicy Grodzkiej” są więc opowieścią o emancypowaniu się kobiet oraz o trudnościach, jakie wielokrotnie muszą one pokonać, aby móc robić to, co mężczyźni robią od wieków.

 

Gatunkowo książka – jak już wspomniałam – jest powieścią obyczajową. Grupą, której się przyglądamy jest mieszczańska zbiorowość Krakowa. Widzimy nierówności społeczne, biedę i wyzysk. Podczas gdy wpływowemu aptekarzowi każde świństwo uchodzi na sucho, biedni mieszkańcy Krakowa nie mogą liczyć nawet na podstawową opiekę lekarską. Pieniądz i pozycja pełni nadrzędną funkcję nad moralnością. Oczywiście do czasu, ale nie będę zdradzać szczegółów. Warto też zauważyć, że „Kobiety z ulicy Grodzkiej” jest nie tylko powieścią obyczajową, ale również sagą, toteż kończy się w ważnym momencie, a historia będzie kontynuowana w kolejnych tomach.

 

Mimo że głównymi bohaterkami są kobiety, to mamy tutaj także dosyć rozbudowaną postać męską. Jest nią oczywiście aptekarz. Bernat to człowiek zły do szpiku kości. Chociaż znając osiągnięcia współczesnej psychologii i psychiatrii, należy stwierdzić, że jest to człowiek po prostu chory, wykazujący się psychopatycznymi skłonnościami. Na co dzień jest mężem i ojcem, a w ukryciu, często pod osłoną nocy, dopuszcza się okrutnych czynów, które długo uchodzą mu na sucho. Jest niczym Londyński Kuba Rozpruwacz i amerykański seryjny morderca Albert Fish. Dorastająca Wiktoria początkowo nie zdaje sobie sprawy, że żyje pod jednym dachem z mordercą. Obie postaci, jak i łącząca je relacja, są mocnymi punktami książki.

 

Książka dostarczyła mi wzruszeń, wciągnęła mnie, zainteresowała tematyką. Nie muszę więc chyba dodawać, że czekam na kolejny tom z niecierpliwością.