"To nie jest książka o mnie" - wywiad z Kubą Wojtaszczykiem

Kuba Wojtaszczyk zadebiutował książką zatytułowaną "Portret trumienny". Akcja powieści rozgrywa się w małym miasteczku - takim, jakich wiele na mapie Polski. Przyglądamy się typowej polskiej rodzinie podczas zjazdu rodzinnego, dla którego pretekstem są urodziny matki. Jest zabawnie, satyrycznie, a na końcu nawet groźnie. Ale nie może być inaczej, kiedy przy jednym stole spotykają się tak różne, choć stereotypowe, postawy. Skąd wziął się pomysł na napisanie książki o małomiasteczkowej rodzinie? Czy z polską rodzinką faktycznie jest tak źle? - Na powyższe pytania, oraz kilka innych, autor odpowiada w wywiadzie.

 

fot. Kamila Szuba

 

Czym w książce jest tytułowy „Portret trumienny”?

 

Portret trumienny odnaleźć można w książce w kilku przypadkach. Po pierwsze: Aleks, główny bohater, jako pracownik galerii sztuki, chciałby stworzyć wystawę tak zatytułowaną. Namawia do tego rzeźbiarza, chłopaka swojej siostry. Po drugie: według bohatera jego rodzina idealnie nadaje się na portret trumienny, jednak nie dlatego, by kontynuować tradycję portretu sarmackiego, ale by po prostu móc się już ich pozbyć, a ten cudowny, według Aleksa, moment uwiecznić na zdjęciach. W końcu po trzecie: portret trumienny to też upadek małego miasta, z którego wywodzi się bohater. Według Aleksa małomiasteczkowość, życie poza dużym ośrodkiem jest też równoznaczne ze śmiercią.

 

Skąd wziął się pomysł na napisanie książki o małomiasteczkowej rodzinie?

 

Sam wywodzę się z takiej rodziny, więc miałem wiele inspiracji. To nie jest książka o mnie, ani tym bardziej o moich bliskich, po prostu niektóre własne doświadczenia mogłem przepuścić przez literacki filtr. Najpierw w mojej głowie pojawił się Aleks, który wyłonił się z powszechnej niechęci i hipochondrii. Kocham filmy i teksty Allena oraz produkcje Tarantino, więc chciałem, by mój bohater mógł się odnaleźć w ich konwencjach. Sam interesuję się kwestią pokrewieństwa; połączeniem z narzuconymi przez naturę osobami. Aleks buntuje się przeciwko temu, ale z drugiej strony, wierząc w niezbywalne więzy krwi, jest zmuszony trwać w rodzinie.

 

Czy z polską rodzinką faktycznie jest tak źle, czy to raczej trochę przerysowany obraz?

 

Nie mam pojęcia (śmiech). Z moją jest wszystko w porządku. Nie zapominajmy, że w książce świat oglądamy oczami głównego bohatera, nie poznajemy myśli jego rodziny, stąd te ekstremalne przerysowania, które równie dobrze mogą rozgrywać się w głowie Aleksa. On tak odbiera małomiasteczkowość.

 

Czytając miałam wrażenie, że nie tylko rodzinka została przedstawiona stereotypowo, ale taki jest również narrator. Czy to celowy zabieg?

 

Tak, to jest celowy zabieg. Aleks tapla się w stereotypach, a jego świat jest czarno-biały, a nawet powiedziałbym, że czarno-czarny. Bohater wytwarza jednowymiarowe postrzeganie świata, ponieważ tak sobie z nim radzi. Rozmyślnie nie wprowadziłem tutaj kontrapunktów do postawy Aleksandra, co czyni „Portret trumienny” mniej standardową książką. Bohatera nie interesuje jego rodzina, interesuje go on sam i jego „marny żywot”. Postanowiłem podkręcić stereotypowość odbierania świata, właśnie przez unikanie „zdania drugiej strony”. To jest obraz Aleksa, jego przemyślenia, obiór, który niekoniecznie tak musi wyglądać naprawdę. Przez takie wyolbrzymienia pokazałem też stereotypowość głównego bohatera, który nie potrafi uciec od ogranej stylizacji siebie samego. Postrzegając stereotypowo innych, zaczyna też tak siebie widzieć.

 

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że self-publishing w Twoim przypadku jest efektem niecierpliwości. Skąd ta niecierpliwość?

 

Inne wydawnictwa nie były zainteresowane „Portretem...”. Gdy kończyłem pisać moją drugą książkę, odezwało się do mnie Simple Publishing z propozycją wydawniczą. „Portret...” uznałem za dobrą pozycję na debiut. Nie sądziłem wtedy, że książka zostanie aż tak dobrze przyjęta! A że „Newsweek” umieści „Portret...” na liście najlepszych debiutów literackich 2014 roku – nie śmiałem marzyć.

 

A nie obawiałeś się łatki, którą często przyczepia się pisarzom samopublikującym...

 

Początkowo miałem bardzo duże obawy, czy puszczać książkę w selfie, którego nie darzę zaufaniem. Jednak zgodziłem się i to była dobra decyzja.

 

Czym dla Ciebie jest pisanie?

 

Jest tym, co potrafię robić najlepiej. Sprawia mi przyjemność i nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić coś innego. Piszę bardzo dużo i często, co niestety plasuje mnie pomiędzy pracoholikami. Poza tym pisanie to zawód taki, jak każdy inny, wymagający nieustannej pracy, doszkalania, czytania innych tekstów. Uwielbiam to.

 

Jak spędzasz wolny czas?

 

Jest go bardzo niewiele, ale staram się dużo czytać, także zawodowo; oglądam filmy i seriale, bo interesuję się popkulturą, którą wplatam w moją prozę. Staram się łączyć mój czas wolny z poszukiwaniem inspiracji do kolejnych tekstów.

 

A czym zajmujesz się zawodowo?

 

Piszę. Jeżeli nie powieści, czy opowiadania, to recenzje, wywiady i inne teksty dla różnych redakcji. Jestem też stypendystą Prezydent m.st. Warszawy, co daje mi więcej czasu na skoncentrowanie na trzeciej książce. Poza tym uzyskałem stypendium Stowarzyszenia Willi Decjusza, dzięki któremu jadę na 3 miesiące do Budapesztu, by pisać czwartą powieść.

 

Czy, i jaka, będzie Twoja następna książka? Będzie to coś bardziej rozbudowanego, czy objętościowo będzie zbliżona do „Portretu trumiennego”?

 

Moja druga powieść „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” ukaże się na początku 2016 roku nakładem Wydawnictwa Akurat (imprint Wydawnictwa Muza). Objętościowo „Przemoc” jest dużo „grubsza” niż „Portret...”.

 

Czy akcja dzieje się w jakimś konkretnym miejscu?

 

Akcja książki dzieje się we współczesnym Poznaniu. Główny bohater, Witold Szpak, myśli, że jest porzuconym w polskim zbożu w latach 80 członkiem brytyjskiej rodziny królewskiej. Towarzyszy mu kucharka Katarzyna, która zdaje się być niewidoczna dla innych bohaterów. Szpak egzystuje w swoim pokoju, rzadko wychodząc i czując się lepszym od niżej urodzonych.

 

A inni bohaterowie?

 

Drugą bohaterką książki jest Weronika Krzeplińska – doktorantka poznańskiej polonistyki. Dziewczyna przyjaźni się z Evanem Anielewiczem, pracującym w awangardowej, hipsterskiej kwiaciarni „Angielska Róża”, której właścicielem jest jego chłopak – Adam. Evan jest brytyjskim rzeźbiarzem, który studiował w Polsce, kraju swojego ojca-emigranta.

 

Brzmi ciekawie. A zdradzisz czego dotyczy fabuła?

 

Fabuła „Przemocy” skupia się na zaangażowaniu bohaterów w walkę studecnkowyzwoleńczą i absolwenckowyzwoleńczą; są to protesty humanistów, koordynowane przez aktywistów miejskich, buntujących się przeciwko kiepskiemu rynkowi pracy. Akcje te są w dużej mierze skutkiem szokującej instalacji artystycznej Radomira W., o którym dowiadujemy się z doniesień lokalnej prasy. Artysta zadusił chomiki i zamknął je w plastikowej trumnie – w ten sposób chciał wyrazić trud humanistów, nie mogących znaleźć zatrudnienia.

 

Dziękuję za wywiad i życzę w takim razie wydawniczego sukcesu.

 

 

 

Kuba Wojtaszczyk - rocznik ’86, pisarz, kulturoznawca, absolwent Gender Studies UAM. Publikował opowiadania i recenzje m.in. w „Lampie”, antologii Nowe Marzy 10. MFO, „Kulturze Liberalnej”, „Blizie”, „Pride”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”. W 2014 r. debiutował powieścią Portret trumienny, która znalazła się na liście najlepszych debiutów literackich 2014 roku według „Newsweeka”. Druga książka Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć ukaże się na początku 2016 roku nakładem Wydawnictwa Akurat. Obecnie pracuje nad trzecią powieścią Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?, która została objęta stypendium artystycznym Prezydenty m. st. Warszawy. Stypendysta Stowarzyszenia Willi Decjusza.