"Historia jest główną bohaterką mojej powieści" - wywiad z Joanną Marat

Joanna Marat - autorka powieści obyczajowej "Grzechy Joanny" oraz kryminału zatytułowanego "Monogram" - wydała ostatnio kolejną książkę. "Jedenaście tysięcy dziewic" jest opowieścią o kobietach, których los został naznaczony przez historię, mężczyzn oraz relacje rodzinne. Akcja powieści w dużej mierze rozgrywa się w Gdańsku, toteż pytam autorkę, co zadecydowało o wyborze takiego miejsca, na co warto zwrócić uwagę, odwiedzając Gdańsk oraz czy jej najnowsza książka jest powieścią feministyczną.

 

 

W najnowszej książce nawiązuje Pani do Kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic w Kościele Mariackim w Gdańsku. Co Panią w niej urzekło, że stała się inspiracją do napisania książki?

 

W kościele Mariackim najbardziej urzekła mnie tradycja, długie trwanie, które przejawia się w tym, że chociaż wielokulturowy świat gdańskich patrycjuszy ostatecznie zniknął z powierzchni ziemi w 1945 roku, gdy miasto zostało spalone przez Armię Czerwoną, to jednak coś ważnego z niego zostało. Mam tu na myśli wspaniałe barokowe epitafia, do których strzelali żądni zemsty na Niemcach czerownoarmiści, a także płyty nagrobne stanowiące posadzkę świątyni i wspaniałe gotyckie rzeźby zdobiące liczne kaplice kościoła. Do najpiękniejszych rzeźb w kościele należą Grupa Ukrzyżowania w Kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic oraz Piękna Madonna Gdańska.

 

Pochodzi Pani z Warszawy, a obecnie mieszka w Gdańsku. Na co szczególnie warto zwrócić uwagę, wybierając się do Gdańska?

 

Oprócz ceglanych, gotyckich kościołów najbardziej fascynuje mnie Oliwa. Te bukowe lasy, które pewna moja znajoma z centralnej Polski określiła mianem „obcych i ponurych”, willowa zabudowa wzdłuż starego traktu prowadzącego z Opactwa Cysterskiego ku rosnącemu w siłę, kupieckiemu miastu zawsze działały na moją wyobraźnię. Nawet zastanawiałam się, czy nie zatytułować powieści „Madonny z ulicy Polanki”, bo taki tytuł przywodzi mi na myśl nie tylko madonny z kościoła Mariackiego, ale również mój ulubiony wiersz Mirona Białoszewskiego „Karuzela z Madonnami” w brawurowej interpretacji Ewy Demarczyk. Jednak ostatecznie uznałam, że taki tytuł sugerowałby prawdziwą sagę rodzinną, którą moja powieść z pewnością nie jest.

 

Akcja „Jedenastu tysięcy dziewic” w dużej mierze również rozgrywa się w Gdańsku. Co zadecydowało o takim wyborze?

 

Powieść w założeniu miała opowiadać o losach kilku pokoleń kobiet, a Gdańsk jest takim szczególnym miejscem, gdzie około połowy XX wieku coś się definitywnie skończyło i coś się zaczęło na nowo. Właśnie tu boleśnie splotły się losy Niemek, Kaszubek, i Polek. To one tracąc wszystko – domy, bliskich, resztki własnej godności, a często również życie – doznały takich zranień, których skutki czasem ciągną się przez pokolenia.

 

Wizja świata i relacji międzyludzkich przedstawionych w powieści wcale nie jest optymistyczna. Ma Pani wrażenie, że tak właśnie jest w prawdziwym życiu, czy jest to wizja trochę celowo przerysowana?

 

Niedawno Dorota Masłowska powiedziała, że polskie „społeczeństwo jest niemiłe”. Trudno nie zgodzić się z tą diagnozą. W końcu na Polaków jako społeczeństwo narzekał już Norwid. Te zacięte miny przechodniów, ataki agresji z byle powodu nie nastrajają optymistycznie. A statystyki pokazują, że życie polskich rodzin pełne jest przemocy. Więc nie wiem, czy jest to obraz przerysowany. Poza tym wojna na ziemiach polskich odcisnęła się w sposób szczególny. Oprócz strat materialnych i strat w ludziach, pozostały traumy wojenne, które w dużej mierze ukształtowały również powojenne pokolenia.

 

Jak określiłaby Pani swoją książkę pod względem gatunkowym?

 

Myślę, że to po prostu powieść obyczajowa.

 

W utworze występuje wiele postaci kobiecych. Ma Pani swoje ulubione oraz te, które nie budzą Pani sympatii?

 

Najtrudniej mi się tworzy postaci, które mają coś ze mnie i zwykle najmniej je lubię, natomiast takie osobowości jak Grażyna Wichura, czy Wiesiek Formela bardzo szybko zaczynają w powieści żyć własnym życiem. I chyba najbardziej je lubię, chociaż może nie są zbyt sympatyczne.

 

Czytając Pani książkę, miałam wrażenie, że przyczyną problemów opisywanych przez Panią bohaterek jest zależność od mężczyzn. Wiele z nich określa się poprzez relację z mężczyzną. Muszę więc zadać następujące pytanie: Czy „Jedenaście tysięcy dziewic” jest książką feministyczną?

 

Ktoś mi powiedział po przeczytaniu mojej książki, że to powieść genderowa. Coś w tym chyba jest. Żyjemy wciąż w bardzo tradycyjnym, patriarchalnym społeczeństwie, gdzie kobieta jest definiowana zawsze w odniesieniu do mężczyzny – jako córka, żona, matka albo (obowiązkowo wredna) teściowa. W dodatku współczesna kobieta musi sprostać również męskim rolom. Często jest jedyną żywicielką rodziny – jak Monika z mojej powieści. Ten proces zaczął się na dobre po pierwszej wojnie światowej, która zapędziła kobiety do fabryk zbrojeniowych, bo brakowało rąk do pracy. Jednak potem okazało się, że własne pieniądze i większa niezależność od mężczyzny jest pożądaną i cenną wartością w życiu kobiety. To wtedy narodził się w modzie damskiej styl garsonki – krótka fryzura, minimalistyczny strój, który właściwie do dziś obowiązuje w świecie biznesu, a także w rzeczywistości korporacyjno-biurowej. Jest to o tyle paradoksalne, że kobiety walcząc o emancypację, po raz kolejny definiują się poprzez rekwizyty pochodzące z męskiej garderoby.

 

A co z mężczyznami? Jaka jest ich rola w powieści?

 

Mężczyźni są w mojej powieści na drugim planie. Są mniej wyraziści niż kobiety. Ale starałam się, żeby nie był to wizerunek jednowymiarowy, zdecydowanie negatywny.

 

W książce ważną rolę odgrywa także historia. Ona również ma wpływ na bohaterki. Co jeszcze kształtuje charaktery Pani bohaterek?

 

Myślę, że historia, ta rodzaju żeńskiego, jest główną bohaterką mojej powieści. Oprócz kontekstu historycznego, moje bohaterki kształtuje również rodzina, a w niej przede wszystkim wzorce, a częściej antywzorce kobiece.

 

 

Jaka będzie kolejna książka Joanny Marat?

 

Pracuję nad czymś, co w założeniu miało być kolejną odsłoną przygód nadkomisarza Marka Kosa - bohatera mojej poprzedniej powieści. „Monogram”, bo tak była zatytułowana ta książka, jest kryminałem. Ale ponieważ niezbyt komfortowo się czuję w dość sztywnych ramach literatury gatunkowej, tym razem będzie to powieść obyczajowa z elementami thrillera. Tym razem przyjrzę się postaciom męskim.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę owocnej pracy nad kolejną książką.

 

 

Joanna Marat - warszawianka i gdańszczanka. Laureatka konkursu na opowiadanie kryminalne Międzynarodowego Festiwalu Kryminału 2010. Debiutowała w 2011 roku w antologii „Zaułki zbrodni”, samodzielnie zaś powieścią obyczajową „Grzechy Joanny”. Jej opowiadanie „Kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic” zostało wyróżnione w konkursie „Literacka podróż po Gdańsku”. W ubiegłym roku ukazał się jej pierwszy kryminał zatytułowany „Monogram”. Bohater tej powieści – zapijaczony policjant zwany Koszmarkiem, wciąż nie daje o sobie zapomnieć, więc nie wykluczone, że niedługo powstanie opowieść o jego kolejnym śledztwie.