Życie jak nowela

Z twórczością Marii Ulatowskiej zetknęłam się po raz pierwszy, kiedy sięgnęłam po „Autorkę”. „Autorka” to kryminał napisany wspólnie z Jackiem Skowrońskim. Sprawnie poprowadzona intryga oraz styl powieści sprawiły, że postanowiłam nie tylko czekać na kolejną wspólną książkę pisarskiej pary, ale także zapoznać się z indywidualną twórczością autorów. Okazja nadarzyła się szybko. Właśnie ukazała się książka Marii Ulatowskiej zatytułowana „Rodzina z Sosnówki”. W gąszczu wydawniczych nowości nie mogłam więc jej przegapić.

 

 

Powieść jest kontynuacją losów bohaterów poprzednich książek autorki. Niemniej jednak czytelnik dopiero zaczynający przygodę z twórczością Marii Ulatowskiej bez trudu wczuje się w klimat „Rodziny z Sosnówki”. W książce teraźniejszość miesza się z przeszłością i sprawia, że losy poszczególnych bohaterów zaskakująco się łączą. Na korelacji współczesności z przeszłością oparty został główny wątek dotyczący niejakiego Janusza Lipieńskiego - ortopedy z Warszawy. Mężczyzna szykując rodzinny dom do sprzedaży, znajduje na strychu stare dokumenty, z których wynika, iż jego ojciec został adoptowany. Janusz jednak nie ma zamiaru sięgać w przeszłość i postanawia całą sprawę pozostawić w spokoju. Stwierdza, że jeśli jego ojciec nic w tym kierunku nie robił, to on również nie będzie. Tymczasem pewna starsza, ale niezwykle żwawa kobieta szykuje się do zabiegu. Będąc w szpitalu i słuchając życiowych opowieści szpitalnych towarzyszek, przypomina sobie własną młodość i popełnione błędy. Jeszcze nie wie, że los połączy ją z młodym ortopedą…

 

Już od pierwszych stron czytelnik ma przyjemność obcować z prostym i lekkim językiem, co sprawia, że książkę czyta się również lekko. Trudność może stanowić jedynie wielość bohaterów i ich splątane losy, ale przewodnik po przyjacielskich i rodzinnych powiązaniach, znajdujący się na początku książki, rozwiewa wszelkie wątpliwości pojawiające się w trakcie lektury. Mimo że pojawiają się momenty smutne, jak śmierć, to nie da się ukryć, że z kart „Rodziny z Sosnówki” przedziera się życiowy optymizm i humor. Czytając, na mojej twarzy wielokrotnie pojawiał się uśmiech. Wynikał on z komizmu sytuacyjnego i sposobu przedstawienia postaci. Książka jest jednocześnie zabawna i poważna, bo pomimo lekkiego klimatu mamy tu także problemy w rodzaju wykorzystywania seksualnego, niemożności zajścia w ciążę, czy sytuacji dziecka z rozbitej rodziny. Autorka bowiem zdaje sobie sprawę, że życie, nawet zwykłe, codzienne, posiada ciemną stronę.

 

Kiedy zastanawiam się o czym jest książka Marii Ulatowskiej, dochodzę do wniosku, że jest po prostu o życiu. Autorka z codziennych spraw utkała fabułę powieści. Rytm życia wyznaczają spotkania, rozstania, miłość oraz przyjaźń. Dlatego czytelnikowi tak łatwo jest identyfikować się z bohaterami „Rodziny z Sosnówki”. Natomiast historia Janusza i Wiesi uświadamia czytającemu, jak ogromny wpływ na obecne losy danej jednostki mają decyzje podjęte w przeszłości przez jej przodków. Każdy błąd jednak da się naprawić, a złe decyzje mogą doprowadzić mimo wszystko do dobrego zakończenia, zdaje się twierdzić autorka. „Rodzina z Sosnówki” to także opowieść o tym, jak losy ludzkie zaskakująco mogą się łączyć. Czasem wystarczy przypadek, bycie w odpowiednim miejscu i czasie.


Powieść Marii Ulatowskiej polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę na lekturę lekką, zabierającą czytelnika w świat spokojnego szumu sosen i blasku zachodzącego słońca odbijającego się od tafli jeziora. Ale zaraz, przecież ten spokój jest tylko pozorny. Bo wbrew pierwszemu wrażeniu, sielski i spokojny krajobraz jest tłem dla kipiących emocji oraz gwaru przyjacielskich i rodzinnych rozmów. Miło było podglądać ten świat.