"Kryminał ma być rozrywką, a nie torturą" - wywiad z Gają Grzegorzewską

Ostatnia książka Gai Grzegorzewskiej, zatytułowana "Betonowy pałac", zabiera czytelnika do Krakowa. Jest to podróż specyficzna, bo prowadzi przez ciemne rejony miasta, do których turyści odwiedzający Kraków zazwyczaj się nie zapuszczają. Ale w książce nie brakuje także elementów humorystycznych, zdradzających poczucie humoru autorki. W wywiadzie pytam więc m. in. o to, co ją śmieszy, a także: co inspiruje, jak spędza czas wolny i jakie ma plany literackie. 

 

 

Otwieramy „Betonowy pałac” i jesteśmy w Krakowie. Tylko, że to trochę inny Kraków, niż ten z folderu turystycznego. To Kraków od podszewki, od ciemnej strony. Dlaczego akurat głównie tę stronę ukazuje Pani w powieści?

 

Z prostej przyczyny, bo ta strona jest najbardziej kryminalna. A równocześnie prawie zupełnie niewykorzystana w literaturze. Takie osiedle, jak to z „Betonowego pałacu”, to ostatnie miejsce, jakie człowiekowi przychodzi do głowy gdy myśli „Kraków”. A przecież jak każde inne miasto Kraków również posiada nieciekawe obrzeża i brzydkie dzielnice, do których lepiej nie zapuszczać się po zmroku, a jeszcze lepiej w ogóle. Te miejsca, znane są większości tak zwanym porządnym obywatelom jedynie z kronik policyjnych. Jako rewiry w jakiś sposób wyklęte, zepchnięte na margines, wstydliwie ukrywane okazały się dla mnie idealnym tłem wydarzeń w książce.

 

Głównym bohaterem oraz narratorem „Betonowego pałacu” jest mężczyzna. Do tego jest to dość specyficzny typ, bo pochodzący z półświatka. Czy miała Pani trudności z wcieleniem się w jego rolę?

 

Nie, to było całkiem zabawne doświadczenie. Czułam, że mogę sobie pozwolić na więcej niż gdybym narratorem uczyniła kobietę, albo nawet zwykłego faceta. Czułam się bardziej swobodnie.

 

„Betonowy pałac” to kreacja, zabawa z konwencją, maska, momentami dość przerysowana. Po pierwszej lekturze miałam wrażenie, że tylko o to chodzi, o zabawę, o napisanie czegoś zupełnie innego niż dotychczas. Ale kiedy bliżej przyjrzymy się światu przedstawionemu w utworze, to dostrzeżemy, że jest on nie tylko mroczny i w pewnym sensie dziwaczny, ale także pełen uprzedzeń i stereotypów. Co zupełnie nie dziwi, bo narratorem jest przecież Profesor, typ często myślący utartymi schematami. Czy chciała Pani przez to pokazać, że świat męski nie tylko bywa brutalny, ale i bazujący na stereotypowym postrzeganiu rzeczywistości?

 

Wycinek świata, który starałam się pokazać zbudowany jest na stereotypach. Ale działa to w obie strony. Ziomki z osiedla mają ugruntowane poglądy jeśli chodzi o kobiety, równouprawnienie, homoseksualistów, wykształcenie. Ci porządni obywatele również posługują się utartymi schematami i stereotypami gdy pojawia się temat takich typów spod bloku. A tak naprawdę nic o sobie nawzajem nie wiedzą. Stereotypy porządkują im świat. Te głęboko zagnieżdżone poglądy mają szansę się rozbić dopiero o konkretne przypadki, konkretne osoby, które staną na drodze jednych i drugich. Wtedy koleś z osiedla może się przekonać, że pedał też może być prawilnym ziomkiem. A grzeczny inteligent, nie ruszający się poza centrum, uświadomi sobie, że nie każdy w dresie jest od razu złodziejem i prymitywem.

 

„Betonowy pałac” to nie tylko mrok, ale również humor. Mnie osobiście bardzo spodobała się scena z interpretacją wiersza Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”. Jakie poczucie humoru ma Gaja Grzegorzewska? Co Panią najbardziej i najczęściej śmieszy?

 

Mnóstwo rzeczy mnie śmieszy. Lubię czarny humor, filmiki z kotkami i gry słowne, ale nie pogardzę też kloacznym dowcipasem. Niektórzy uważają, że przeginam, bo ze wszystkiego robię sobie jaja. Myślą, że niczego nie traktuję poważnie i niczego nie szanuję. A to nie tak. Po prostu uważam, że ironia, kpina i śmiech to najlepszy sposób radzenia sobie nawet z najbardziej traumatycznymi wydarzeniami. To pozwala spojrzeć na wiele spraw z dystansu i nie zwariować. Nie namawiam tu, by rechotać na pogrzebie nad trumną, ale czy nie po to po pogrzebie jest stypa, aby przypominać wesołe historie o zmarłym? I zwykle nie są to jedynie cnotliwe i piękne opowiastki. Już u Szekspira występuje zabieg zwany comic relief, polegający na rozładowaniu napięcia śmiechem. Poważna tematyka zostaje niespodziewanie złamana elementem komicznym. Tę metodę często stosuje się również w horrorach, by dać widzowi chwilowe wytchnienie od ponurej jatki. Można użyć żartu sytuacyjnego albo jakiejś komicznej postaci. Ja natomiast stosuję ten zabieg w książkach. Inaczej nagromadzenie zła, patologii i nieszczęścia byłoby niestrawne. A przecież w końcu kryminał ma być rozrywką, a nie torturą.

 

Jak wyglądało przygotowanie do pisania powieści? Gdzie szukała Pani inspiracji?

 

Głównie w przeszłości własnej i znajomych. Również w autentycznych opowieściach kolegów. Sporo historii, które zamieściłam jest prawdziwa. Nie bazuję raczej na kronikach policyjnych, bo zdarzenia o jakich można tam przeczytać są przeważnie jedynie smutne. Nie ma w nich tajemnicy tylko pospolite, codzienne piekiełko. Nie chcę pisać o tym z czym ludzie stykają się na co dzień w mediach. Świadomie przerysowuję kryminalne wydarzenia, nadaję przemocy estetyczny sznyt. Nagromadzenie aktów przemocy, przerysowanie, przesada, komiksowość odrealniają ten świat przedstawiony. Pozwalają się do niego zdystansować i traktować jako rozrywkę.

 

W „Betonowym Pałacu” widoczne są inspiracje zarówno literackie, jak i filmowe. Jakie książki i filmy najbardziej Panią inspirują?

 

Uwielbiam filmy Tarantino i Rodrigueza i wszelkiego rodzaju inteligentne pastisze. Kocham też czarne kryminały. Wszystko w czym zagrali Humphrey Bogart, Peter Lorre i Orson Welles. Jeśli chodzi o powieści to również inspiruje mnie głównie klasyka gatunku, zarówno ta spod znaku Christie jak i Chandlera. Natomiast skandynawskich autorów, cenię przede wszystkim za budowanie mrocznego, gęstego klimatu. Wszyscy powinniśmy być im też wdzięczni za wprowadzenie do kryminału ważnych i trudnych tematów kiedyś zarezerwowanych jedynie dla literatury wysokiej. Obecnie chyba żaden gatunek literacki nie stawia tak wielu złożonych diagnoz społecznych jak kryminał. Powieść kryminalna dla wielu stanowi kompendium wiedzy na temat tego jak funkcjonują inne narody, co gnębi społeczności różnych zakątków globu. Czytałam ostatnio „Lód w żyłach” Yrsy Sigurdardottir, i co prawda jest to najgorsza jej książka ze słabą intrygą, ale za to sporo dowiedziałam się z niej na temat życia na Grenlandii.

 

Na okładce „Betonowego pałacu” można przeczytać, że to najodważniejsza powieść w Pani dorobku, udowadniająca, że mocną, mroczną prozę piszą nie tylko mężczyźni. Od razu nasuwa się więc pytanie o cel napisania takiej powieści. Czy faktycznie celem było udowodnienie, iż nie tylko mężczyzna potrafi tak „brudno”, mrocznie i mocno pisać?

 

Nieeee, w ogóle o czymś takim nie myślałam. Postanowiłam opowiedzieć historię dziejącą się w hermetycznym kryminalnym światku Osiedla, za bohaterów obrałam ciemnych typków, narratorem uczyniłam chuligana. Gdybym użyła innego języka to byłoby to absurdalne i niezamierzenie farsowe. Albo musiałaby to być zupełnie inna historia z innymi postaciami.

 

 

Co sprawiło, że zaczęła Pani pisać?

 

Najpierw malowałam i rysowałam komiksy. Często jednak nie starczało mi cierpliwości, by wykończyć rysunek. Miałam pomysł na cały komiks, ale tworzenie go szło tak wolno, że zwykle poddawałam się po drugiej planszy. Lubię od razu widzieć efekty, inaczej się zniechęcam. Pisanie idzie o wiele szybciej. I nagle odkryłam, że to właśnie to sprawia mi przyjemność. W końcu odkryłam jak spożytkować te wszystkie opowieści i obrazy, które zalegały mi w głowie.

 

Dlaczego wybrała Pani gatunek kryminalny?

 

Zawsze lubiłam czytać kryminały. Rodzice mi to zaszczepili. W naszym domu było mnóstwo książek z klasyki gatunku. Wychowałam się na tym.

 

Jak lubi Pani spędzać czas wolny?

 

Mnóstwo czasu spędzam przed komputerem, grzebiąc w Internecie. Poza tym czytam, oglądam filmy, czasami rysuję i maluję, chodzę na imprezy, spotykam ze znajomymi. Bawię się z kotem. Aha, i bardzo lubię jeść.

 

Przez dłuższy czas współpracowała Pani z Portalem Kryminalnym jako recenzentka i felietonistka. Gdzie obecnie można czytać Pani teksty?

 

Od czasu do czasu umieszczam coś na moim blogu, recenzuję książki i seriale dla portalu Dzika Banda, piszę opowiadania dla magazynu „Chimera”. W tym tygodniu w „Polityce” ukazał się mój felieton. Jestem freelancerem, więc w zasadzie, co miesiąc wygląda to nieco inaczej.

 

Jakie są Pani najbliższe plany literackie?

 

Piszę obecnie kryminał, który jest drugą po „Betonowym pałacu” częścią trylogii. Znajdzie się w nim kontynuacja losów bohaterów i rozwinięcie wątków obyczajowych, ale jako opowieść kryminalna będzie zamkniętą całością. Ta powieść będzie zupełnie inna od pierwszej części. Wychodzę z akcją daleko poza obręb Osiedla, a Profesora zrobiłam narratorem jedynie połowy tej historii. Będzie więc zróżnicowany język narracji. Lubię eksperymentować z treścią i formą. Gatunek kryminalny jest wprost stworzony do takich zabaw.

 

W takim razie życzę owocnej pracy i dziękuję za rozmowę.

 

 

Gaja Grzegorzewska - ukończyła filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miłośniczka kryminałów. Adeptka brazylijskiej sztuki walki – capoeiry. Felietonistka, recenzentka, pisarka. Twórczyni cyklu o prywatnej detektywce Julii Dobrowolskiej. Debiutowała w 2006 roku powieścią "Żniwiarz". Za następną powieść o przygodach krakowskiej detektywki "Noc z czwartku na niedzielę" była nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Za kolejną: "Topielica" otrzymała Nagrodę Wielkiego Kalibru 2011, dołączając do grona najlepszych i najbardziej uznanych polskich autorów kryminałów. Jej najnowszą powieścią jest "Betonowy pałac".