O sztuce, Gdańsku i zbrodni

Sąd ostateczny - Anna Klejzerowicz
Przestrzenie miejskie są wdzięcznym miejscem dla rozegrania się akcji kryminału. Prawie każde miasto ma swoje sekrety, oryginalną historię i specyficzny klimat. Do tego różne zaułki, podejrzane miejsca są doskonałym tłem, aby przedstawić na nim efektowne pościgi czy dyskretne śledzenie. Miasto może być także bohaterem powieści. Od autora zależy czy przedstawi je w realiach współczesnych, czy przeniesie akcję w czasy mniej, bądź bardziej odległe. Jedno jest pewne — umiejscowienie wydarzeń w konkretnym mieście otwiera przed autorem wiele możliwości. Stąd swoje miejsce w polskiej literaturze kryminalnej mają takie miasta jak: Lublin (za sprawą Marcina Wrońskiego), Wrocław (uchwycony w kryminałach Marka Krajewskiego) czy przedwojenny Lwów (bardzo klimatycznie zarysowany w książkach Pawła Jaszczuka). Do tego grona można zaliczyć także Gdańsk, który jest tłem i miejscem akcji kryminału Anny Klejzerowicz. „Sąd ostateczny” — bo o nim mowa — rozgrywa się jednak nie tylko w Gdańsku, ale w całym Trójmieście. Dodatkowo mamy tu także nawiązania do sztuki, wątki miłosne  oraz zbrodnie popełniane z dość specyficznym okrucieństwem.

 

 

 

Dla osób czytujących kryminały, „Sąd ostateczny” z pewnością wyda się utworem znajomym. Dzieje się tak dlatego, że autorka wykorzystuje w nim motywy dobrze znane w literaturze kryminalnej. Zacznijmy od głównego bohatera, którym jest dziennikarz Emil Żądło. Poznajemy go, kiedy jest w zupełnej rozsypce. Nie wiedzie mu się zarówno zawodowo jak i prywatnie. Jest rozwiedziony, żona utrudnia mu kontakty z synem oraz wyrzuca mu ciągły brak przelewu z obecnymi i zaległymi alimentami. Mamy więc dobrze znanego bohatera z nieudanym życiem. Jednak w tym tunelu porażek pojawia się dla Emila nieoczekiwane światełko nadziei. Przypadkowo spotyka córkę swojej dawnej sąsiadki, która wraz z chłopakiem postanowiła założyć wydawnictwo i wydawać bezpłatną gazetę, utrzymywaną jedynie z reklam. Póki co nie jest to przedsięwzięcie zbyt dochodowe, ale młodzi uważają, że mają przed sobą świetlane perspektywy. Proponują Emilowi współpracę. Dziennikarz zgadza się i po wypiciu paru piw w towarzystwie pary, obiecuje skontaktować się z nimi następnego dnia. Następny dzień przynosi jednak rozczarowanie. Telefon chłopaka milczy. Jak się potem okazuje, para została brutalnie zamordowana. Emil więc z osobistych pobudek, jak i z zamiłowania do rozwiązywania kryminalnych zagadek, zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, którego efektem będą zaskakujące odkrycia.

 

 

 

Jeśli chodzi o postać mordercy, również skonstruowany jest tak, aby przywodzić na myśl skojarzenia z licznym korowodem innych powieściowych morderców. Mamy więc tu motyw szaleństwa czy narrację prowadzoną z perspektywy mordercy. Zaglądamy także w jego myśli i motywy postępowania, które — za co należy się plus — obszernie wyjaśnione są także w partiach końcowych powieści.

 

 

 

Przejdźmy jednak do wątków, które pojawiają się tylko w kryminale Anny Klejzerowicz (chyba, że pojawiają się też w innych powieściach kryminalnych, o których nie wiem). To przede wszystkim uczynienie swoistego bohatera z dzieła malarskiego. Jest nim „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Na nim (chyba nie zdradzę zbyt wiele z fabuły) wzoruje się w swoich poczynaniach morderca. Ale jest też w powieści przedstawiona historia samego obrazu, ukazująca również kontekst współczesny. Do tego mamy także interpretację scen ukazanych na płótnie. Są to te części książki, które najbardziej przykuwają uwagę i jeśli zamierzeniem autorskim było zainteresowanie czytelnika historią obrazu oraz w ogóle sztuką, to zabieg ten w pełni się udaje.

 

 

 

„Sąd ostateczny” jest moją drugą, po „Liście z powstania”, książką Anny Klejzerowicz. To co rzuca się w oczy po przeczytaniu tych dwóch pozycji (nie wiem jak jest w przypadku innych), to fakt, że autorka lubuje się w dobrych zakończeniach. Toteż i Emil Żądło, po życiowych porażkach, odnajdzie swoje szczęście. Jak i inni bohaterowie. A skoro jestem już przy bohaterach, to nie mogę nie wspomnieć o pewnym małym bohaterze o imieniu Bolero, który miał swój autentyczny, i skuteczny, udział w schwytaniu mordercy. Kim jest i co zrobił? O tym oczywiście w książce.

 

 

 

Z formalnego punktu widzenia „Sąd ostateczny” jest kryminałem skonstruowanym bardzo poprawnie. Ale muszę porównać go z poprzednią czytaną przeze mnie książką tej autorki. I muszę także przyznać, że „List z powstania” wzbudził we mnie większe emocje i czytelniczą przyjemność. Myślę, że tkwi to w niesztampowym potraktowaniu kryminalnego schematu. Od „Listu...” nie mogłam się oderwać, „Sąd...” natomiast czytało mi się lekko i przyjemnie. Jednak na tyle przyjemnie, aby mieć chęć poznania dalszych losów Emila Żądło i zagadek kryminalnych, które przyjdzie mu rozwiązać.