Gdy trop okazuje się grą pozorów

Ślepy trop - Jørn Lier Horst

Praca każdego autora kryminałów nie obywa się obecnie bez solidnego przygotowania merytorycznego. Zanim pisarz napisze pierwsze słowo powieści, ma za sobą godziny zbierania dokumentacji, czytania tekstów tematycznie związanych z problemem, który porusza w książce oraz – nierzadko – sam na własnej skórze sprawdza sytuacje, w których chce postawić swoich bohaterów. Oczywiście mowa o sytuacjach mniej ekstremalnych. Dużo także się porusza, odwiedzając miejsca, gdzie pragnie umieścić akcję. Szczególnym obszarem, na który autor kryminału powinien zwrócić uwagę, kiedy już zaplanuje fabułę i określi problem, który chce poruszyć, jest kryminalistyka, praca śledczego, etapy prowadzenia śledztwa, zagadnienia z zakresu medycyny sądowej etc. Oczywiście pisarz pracuje przede wszystkim z materią słowa, lecz powinien zwracać uwagę na to, aby warstwa kryminalna w jego powieści była co najmniej poprawna i wiarygodna. Prawdziwym szczęściarzem jest Jørn Lier Horst, który posiada idealne zaplecze warsztatowe w postaci zawodowego doświadczenia. Horst bowiem zanim rozpoczął karierę pisarza, wiele lat pracował w wydziale śledczym. Wprawdzie nie zawsze udaje mu się połączyć maestrię literacką z realizmem pracy śledczego, za przykład muszę podać kryminał „Poza sezonem”, lecz w przypadku „Ślepego tropu” wszystko idealnie zagrało. Do tego stopnia, że z chęcią dopisuję autora do listy moich ulubionych pisarzy, a na jego kolejną powieść będę czekać niecierpliwie.

 

Akcja powieści jest nieśpieszna. Miłośnicy thrillerów i wydarzeń galopujących z zawrotną prędkością będą zawiedzeni. Ale też nie o pędzącą fabułę chodzi w kryminale Horsta. Po lekturze „Ślepego tropu” dochodzi się bowiem do wniosku, że nieoczekiwane zwroty akcji są czysto literackim wymysłem. Prawdziwa praca śledczego składa się z analizowania faktów, przeglądania raportów, docierania do świadków. A wszystko to odbywa się w atmosferze mrówczej pracy. W konstrukcji intrygi kryminalnej chyba najbardziej wychodzi doświadczenie zawodowe Horsta. Śledczy Wisting napotyka bowiem na dylematy, które z życia policjanta potrafiłby wyłuskać chyba właśnie tylko ktoś o doświadczeniu policyjnym. Do tego narrator i bohaterowie operują fachową terminologią, ale – co należy uznać za atut – dość przystępnie i naturalnie. Sam finał natomiast okazuje się majstersztykiem i kiedy już znamy zakończenie, autor wprowadziwszy czytelnika w nastrój niemal rodzinnej sielanki, na końcu wytrąca go nieco z poczucia czytelniczego spokoju za pomocą zaledwie jednego zdania, które jednocześnie idealnie charakteryzuje samego Wistinga: gliny, który wie, że aby normalnie funkcjonować nie może życia zawodowego przenosić na teren prywatny. Poza tym Wisting zdaje się także wiedzieć, że jego często słuszne działania nie zawsze prowadzą do szczęśliwego końca. Ostatecznie jest tylko policjantem, który nie ma wpływu na kondycję całego świata.

 

William Wisting jest postacią, której gdy się przyglądamy, przerzucając kolejne strony powieści, jesteśmy w stanie przypisać cechy człowieka z krwi i kości. Wisting nie jest super bohaterem o przerośniętym ego. To zwykły facet, któremu przydarzyła się praca w policji i wykonuje ją najlepiej jak potrafi, nie popadając przy tym w alkoholizm, depresje i inne stany, które detektywom chętnie przypisują autorzy kryminałów. Jednak jego mrówcza praca, zaangażowanie w śledztwo przynoszą efekty. Wisting rozwiązuje zagadkę, również nie tracąc przy tym naturalności. No, ale to znowu efekt policyjnego doświadczenia autora.

 

Do dwóch rzeczy jedynie się przyczepię. Powieść z pewnością nabrałaby rumieńców, gdyby autor nieco dopracował relację Wistinga i jego koleżanki z pracy, która na początkowych stronach powieści zapowiadała się obiecująco. Gdyby w ich relację wprowadził więcej chemii, nie popadając jednocześnie przy tym w konwencję banalnego romansu, otrzymałby z pewnością intrygujące pole do igrania z ciekawością czytelnika i przestrzeń do budowania napięcia. Drugi mój zarzut tyczy się sprawy, na którą zwracało uwagę już wielu recenzentów. Chodzi mianowicie o kolejność tłumaczenia poszczególnych tomów cyklu z Williamem Wistingiem. Wydawnictwo postawiło na brak chronologii. Z drugiej strony być może to celowe działanie – np. dokonano wyboru najlepszych części cyklu, aby przyciągnąć czytelnika. Niemniej w dalszej perspektywie to nierozsądne działanie, ponieważ istotna w powieści jest relacja Wistinga z córką, która rozwija się z tomu na tom, więc w konsekwencji jest to zabieranie czytelnikowi przyjemności ze śledzenia tej relacji. W każdym razie ja czekam na kolejne powieści Horsta, mając nadzieję, że będzie je można czytać podług chronologii.