Zabójcza miłość

Krew na śniegu - Jo Nesbø

Czytelnicy pokochali Jo Nesbø głównie za serię kryminalną, której głównym bohaterem jest Harry Hole. Tymczasem norweski pisarz wydał właśnie trzecią książkę, w której Hole nie występuje. Jego prawo. Zwłaszcza, że książek o Harrym Hole powstało aż dziesięć, więc autor być może po prostu zechciał odpocząć od tego bohatera. Poprzednią książką, zatytułowaną „Syn”, udowodnił, że i bez Harry’ego Hole potrafi pisać interesująco. A jak jest w przypadku ostatniej książki „Krew na śniegu”? To wyśmienity czarny kryminał, zawierający wszystkie wyznaczniki gatunku – poza jednym wyjątkiem.

 

Olav jest płatnym mordercą, który poza zabijaniem na zlecenie nie wiele potrafi robić. Jest samotnikiem pozbawionym przyjaciół i rodziny, do tego dziwakiem i milczkiem. Swoją pracę wykonuje sumiennie i jego szef jest z niego bardzo zadowolony. Olav pozbywa się niewygodnych ludzi szybko i skutecznie. Nie ma także zahamowań moralnych. Po prostu stara się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak tylko potrafi. Pewnego dnia otrzymuje nietypowe zlecenie – ma zlikwidować żonę szefa. Kobieta nawiązała romans z innym mężczyzną, więc musi zostać ukarana. Początkowo wszystko przebiega jak zwykle. Olav wynajmuje pokój w pobliżu mieszkania ofiary, aby móc ją obserwować oraz poznać jej zwyczaje, a następnie wybrać najdogodniejszy moment na zlikwidowanie celu. Sprawy komplikują się, kiedy Olav po raz pierwszy widzi kobietę. Corina, wiarołomna żona szefa, okazuje się być kobietą o nieprzeciętnej urodzie. Olav ulega urokowi kobiety i zamiast niej zabija jej kochanka. Od tego momentu następuje przełom. Mężczyzna z łowcy staje się ofiarą, a łowcą będzie jego dotychczasowy szef.

 

Jak wspomniałam we wstępie, „Krew na śniegu” to czarny kryminał. Ale z jednym wyjątkiem. Mamy mroczny klimat, miasto, świat przestępczy, morderstwo oraz Corinę, która jest istnym wcieleniem femme fatale. Nie mamy natomiast… detektywa. Nikt nie prowadzi śledztwa, od początku wiemy kto i z jakich powodów zabił, ale mimo wszystko „Krew na śniegu” doskonale wpisuje się w stylistykę noir. Narratorem opowiadanej historii jest morderca, czyli Olav. Z jego perspektywy widzimy zdarzenia, a także jesteśmy słuchaczami jego przemyśleń, które często kwituje stwierdzeniem: „Ale co ja tam wiem”. Okazuje się, że wie bardzo wiele. To tylko zaniżona samoocena każe mu nie wierzyć w słuszność własnych stwierdzeń. Corina natomiast, piękna kobieta o masochistycznych skłonnościach, wszystkich swoich kochanków doprowadza do zguby. Czy taki los spotka także Olava? Tego nie mogę zdradzić, więc w zamian zachęcam do zajrzenia do książki.

 

„Krew na śniegu” uświadomiła mi jedną rzecz, którą przypuszczałam już po lekturze „Syna”. Jo Nesbø po prostu humanizuje swoich przestępców. Nie są to osoby, które można jednoznacznie moralnie ocenić. Zarówno Lofthus (bohater „Syna”) jak i Olav są postaciami kierującymi się mimo wszystko pewnym systemem wartości. Plewią zło i potrafią je odróżnić od dobra. Poprzez swoje czyny sami są w nim unurzani, ale maja także ludzkie odruchy i uczucia, takie jak choćby współczucie. Zdolni są także do miłości. Lofthus uwielbia muzykę, natomiast Olav tą samą ręką, którą zadaje śmierć, równie chętnie przerzuca kartki książek systematycznie wypożyczanych z biblioteki. W mordercach z książek Nesbø drzemie artystyczna, delikatna i wrażliwa dusza. Czytelnik w pewnym momencie łapie się na tym, że po prostu sympatyzuje z mordercą. Nic dziwnego skoro autor go uczłowiecza, dając tym samym do zrozumienia, że nawet morderca może być wrażliwą jednostką.

 

Ostatnia książka Jo Nesbø ma także cechy tragedii w klasycznym rozumieniu. W sytuacji tragicznej znajduje się oczywiście Olav. Zabiwszy kochanka żony szefa, uruchamia lawinę zdarzeń, które nieuchronnie poprowadzą go do klęski. „Krew na śniegu” jest kolejnym dowodem na to, jak pojemnym i wszechstronnym gatunkiem jest obecnie kryminał. Nie tylko jest rodzajem współczesnej powieści realistycznej, ale także czerpie garściami z gatunków klasycznych.

 

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie o czym jest „Krew na śniegu”, to powiedziałabym, że jest głównie o miłości. Ale o miłości zabójczej i nieszczęśliwej, takiej która sprowadza kochanków na manowce i kończy się tragicznie. Jest to także książka o pozorach. O tym, że miłość można pomylić z pożądaniem. Właściwie jest to opowieść o tragicznej miłości w różnych odcieniach, więc występuje tu także miłość niespełniona. Nesbø zdaje się również mówić, że bardzo łatwo jest nie dostrzec prawdziwej miłości, ulegając pozorom i dając się omamić zmysłowi wzroku.

 

W książce Jo Nesbø niezwykłe jest to, że mimo, iż utrzymana jest w Chandlerowskim duchu, to jest całkowicie oryginalna. Nesbø ma po prostu swój styl, którego nie można pomylić z żadnym innym. „Krew na śniegu” to niewielka - licząca zaledwie 164 strony – książeczka, ale jestem przekonana, że wielu autorów może jej tylko norweskiemu pisarzowi pozazdrościć. Polecam.