Seryjny morderca ponownie pojawia się w Nowym Jorku...

Rzeźnik - John Lutz

John Lutz upodobał sobie tematykę dotyczącą seryjnych morderców. „Rzeźnik” to druga książka tego autora, jaką miałam okazję czytać, w której mamy do czynienia z serią zabójstw dokonywanych przez tego samego osobnika. Podobnie jak w przypadku „Seryjnego”, w „Rzeźniku” morderca grasuje po mieście i zanim zostanie schwytany, dokona dużej liczby morderstw. Autor upodobał sobie także ten sam schemat narracji: w obu książkach mamy dwie płaszczyzny czasowe – teraźniejszość oraz przeszłość, która jest odpowiedzą na pytanie, co sprawiło, że z dziesięcioletniego chłopca wyrósł pozbawiony empatii psychopata. Kiedy jednak porównuje się obie powieści, nie można nie zauważyć, że „Rzeźnik”, choć wykorzystuje ten sam schemat, jest powieścią lepszą i przedstawiającą ciekawszą historię.


Głównymi bohaterami obydwu utworów są: detektyw Quinn, policjantka i przyjaciółka Quinna – Pearl oraz Fedderman – policjant, najstarszy z całej trójki. W „Rzeźniku” już razem nie pracują, ale kiedy seryjny morderca, zabijając swoje ofiary, zostawia w ten sposób wiadomość dla Quinna, troje przyjaciół ponownie się spotyka, aby przeprowadzić śledztwo. Celem prowadzonych działań jest seryjny morderca, któremu nadano pseudonim „Rzeźnik”. Wprawdzie morderstwa, których dokonuje są mniej brutalne, niż te ukazane w „Seryjnym”, ale w nie mniejszym stopniu mogą zmrozić krew w żyłach. Morderca śledzi młode kobiety, same brunetki, a potem zabija i zostawia ich ciała poćwiartowane w łazience, niczym szczątki zwierząt w rzeźni. Czas ucieka, a ofiar jest coraz więcej. Pearl, Quinn i Fedderman starają się łączyć fakty i poszlaki, aż w końcu natrafiają na ślad zabójcy. To jednak nie koniec, bo akcja w tym punkcie zawraca, prowadząc do zaskakującego zakończenia.


Przez pierwsze kilkadziesiąt stron czytelnik może mieć wrażenie, że autor nie miał pomysłu na fabułę. Oczywiście zdecydował się na pewien schemat, ale nie bardzo wiedział, jak zapełnić akcję poza nim. Czytamy więc ciągle o tym samym: morderca śledzi ofiarę, zabija ją i ćwiartuje jej szczątki. Zrozumiałe jest, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą postępującym wedle obranego wzorca, ale w powieści można by było nieco jego działania skondensować. Czytając po raz siódmy czy ósmy o tym samym, czytelnik ma prawo się znużyć. Do tego dochodzi niedopracowana postać Feddermana. O ile o Pearl i Quinnie dowiadujemy się sporo, o tyle Fedd pojawia się naprawdę sporadycznie, zresztą niewiele wnosząc do rozwoju akcji, która w zupełności mogłaby się bez tej postaci obyć. Rekompensatą powyższych minusów są jednak następujące plusy: w pewnym momencie następuje ciekawy zwrot akcji, co sprawia, że ostatnie strony czyta się z niezwykłym zainteresowaniem; ponadto bardzo dobrze została rozrysowana postać Rzeźnika. Dzięki retrospekcjom poznajemy jego tragiczną historię oraz widzimy czynniki, które go ukształtowały. W efekcie okaże się, że w powieści występuje nie tylko jeden seryjny morderca. Ciekawy zabieg został zastosowany także w zakończeniu. O ile czytelnik pozna całą prawdę na temat zdarzeń z przeszłości i teraźniejszości, o tyle detektywi nie do końca do niej dotrą

.
Na okładce „Rzeźnika” znalazła się rekomendacja Harlana Cobena: „John Lutz wie, jak wywołać dreszcze”. Wszystko się zgadza, ale na dreszcze trzeba poczekać do ostatnich stu pięćdziesięciu stron, kiedy akcja przyśpiesza i gna w kierunku interesującego zakończenia. Niemniej jednak powieść Lutza to sprawnie skonstruowany kryminał, z którym warto spędzić jeden lub dwa wieczory.

 

Recenzja po raz pierwszy ukazała się na Literatkach: Seryjny morderca ponownie pojawia się w Nowym Jorku...