Portret rodzinny

Portret trumienny - Kuba Wojtaszczyk

Kiedy otrzymałam do recenzji książkę Kuby Wojtaszczyka zatytułowaną „Portret trumienny” i spojrzałam na nazwę wydawcy od razu zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. SimplePublishing jest bowiem wydawcą, który publikuje książki przy współfinansowaniu autora. Każdy zainteresowany rynkiem książki wie czym jest samopublikowanie i jak jest postrzegane. To temat długi jak rzeka, więc i publikacji w postaci artykułów i felietonów na ten temat jest w Internecie mnóstwo. Krótko mówiąc: samopublikowanie wiąże się często z niską jakością publikowanego dzieła. Zarówno pod względem merytorycznym, tematycznym i językowym. Ale jest także druga strona medalu, bo można zaobserwować wyjątki od przytoczonej przeze mnie reguły. Myślę, że takim wyjątkiem jest książka Kuby Wojtaszczyka. Chociaż i w niej zdarzają się na przykład literówki. Sam autor w jednym z wywiadów powiedział, że publikacja w SimplePublishing była w dużej mierze wynikiem jego niecierpliwości. Więc kto wie, co by było, gdyby był bardziej cierpliwy.

 

Skupmy się jednak na samej książce. Fabuła nie jest bardzo skomplikowana. Główny bohater, Aleksander, jest historykiem sztuki i pracuje w galerii. Zajmuje się przygotowywaniem wystaw. Właściwie jest jednym ze szczęśliwców, którzy po ukończeniu studiów pracują w wyuczonym zawodzie. Chociaż trzeba przyznać, że zadecydował trochę łut szczęścia – akurat, kiedy kończył się staż Aleksandra, odszedł jeden z pracowników. Aleksander jest gejem żyjącym w wolnym związku. Właściwie życie w mieści mu odpowiada. Pewne problemy zaczynają się dopiero, kiedy mężczyzna wraca do rodzinnego małego miasteczka. Pretekstem do powrotu są imieniny jego matki. Jego rodzicielka z tej okazji urządza przyjęcie, na które zostaje zaproszona najbliższa rodzina. W małym miasteczku Aleksander postrzegany jest jak odmieniec. Dlaczego? Małomiasteczkowa mentalność, oparta na takich fundamentach jak prawdziwa rodzina i wiara, nie akceptuje odmiennego stylu życia.

 

Bardzo podoba mi się pomysł, w jaki został przedstawiony obraz typowej małomiasteczkowej rodziny. Chyba nie można lepiej tego zrobić, jak poprzez zebranie wszystkich w jednym miejscu, przy jednym stole. Bohaterowie jedzą, piją, rozmawiają, a z ich rozmów możemy wyczytać ich prostą mentalność, w dużej mierze opartą na myślowych stereotypach. A sceny są iście humorystyczne. Wśród pobrzękiwania szklanek, kieliszków i widelców, na stole lądują tradycyjne w takich sytuacjach dania: bigos, galareta i wymyślne ciasta, oczywiście własnoręcznie pieczone przez gospodynię. Wszystko w myśl zasady: zastaw się, a postaw. Chyba każdy uczestniczył kiedyś w zjeździe rodzinnym – z okazji urodzin, imienin, wesela, czy świąt - więc doskonale wczuje się w atmosferę, jaką serwuje nam autor. Trzeba jednak pamiętać, że jak w każdej satyrze i w książce Kuby Wojtaszczyka znajduje się gorzka prawda. Jest w niej zawarty pewien pesymizm, który najlepiej odzwierciedla postawa młodego pokolenia. Reprezentują ją dzieci brata Aleksandra, czyli Wiesława. Jego nastoletnia córka, o wyglądzie łączniczki z powstania – jak często mówi o niej narrator – całkowicie ukształtowana została przez małomiasteczkowy katolicyzm. Natomiast jego dwaj młodsi synowie, bliźniacy, za kilka lat z pewnością wyrosną na łysych nazioli o bardzo wąskim horyzoncie postrzegania rzeczywistości. Już dziś pastwią się nad najmłodszym bratem, który jako słabszy jest dla nich doskonałym celem.

 

Bardzo lubię książki, które w jakiś sposób starają się potrząsnąć kołtunem uwitym ze stereotypów i wąskich horyzontów, więc nie mogę książki Kuby Wojtaszczyka nie polecić. Chociaż, jeśli bliżej się przyjrzeć, autor również operuje stereotypami. Nawet bohater, którego perspektywa ma za zadanie ujawnić kołtuństwo, jest dość schematyczny. Pozytywna ocena należy się za zakończenie. Kiedy czytamy sobie spokojnie, prawie wczuwamy się w tę sielsko-anielsko-gorzką wieś, następuje mocne uderzenie. Akcja przyśpiesza jak w sensacyjnym filmie. Jest niebezpiecznie, szaleńczo… Ale o tym, mam nadzieję, przeczytacie już sobie sami.