Jedenaście męczennic dziewic

Jedenaście tysięcy dziewic - Joanna Marat

W gdańskim Kościele Mariackim znajduje się Kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic. Skąd taka nazwa? Jak głosi legenda w królestwie Bretanii żyła niegdyś królewna Urszula, która postanowiła całkowicie poświęcić się Bogu. Ale jak to w dawnych czasach bywało, jej ojciec miał wobec niej zupełnie inne plany: chciał wydać ją za mąż. Urszula aby pozostać wierną swojemu postanowieniu, wraz z dziesięcioma towarzyszkami uciekła od ojca. Niestety ucieczka okazała się brzemienna w skutkach: królewna i jej towarzyszki zostały pojmane przez pogańskich Hunów, następnie zgwałcone i zamordowane. Urszula i jedna z jej towarzyszek, Kordula, zostały później uznane za święte, a kaplica w gdańskim kościele została nazwana na ich cześć. O tym jednak dlaczego w nazwie występuje liczba tysiąc dowiecie się ze wstępu do książki Joanny Marat zatytułowanej właśnie „Jedenaście tysięcy dziewic”.

 

Historie przedstawione w powieści rozkładają się na kilkanaście wątków, które wzajemnie się splatają i rozplatają. Są to losy kilkunastu kobiet – z kilu pokoleń i rodzin. Autorka przygląda się im jakby przez lupę, co jakiś czas przenosząc ją z jednego obiektu na drugi, toteż trudno jednoznacznie określić, kto jest głównym bohaterem snutej opowieści. Najpierw dokładnie przyglądamy się Małgorzacie, potem Annie, Romie, Honoracie, Monice… Najbliżej prawdy jest stwierdzenie, że w przypadku książki Joanny Marat mamy do czynienia z bohaterem zbiorowym. Są nim kobiety, które łączą bliższe lub dalsze relacje, a czasem panie nie znają się w ogóle. Zawsze jednak łączy je pewne uwikłanie w historię czy rolę, jaką przypisują im czasy, w których żyły i zdarzenia, w których uczestniczyły. Małgorzata na przykład jest pięćdziesięciolatką, która zostawia męża dla mężczyzny będącego mężem Anny. Anna, chora na raka pracownica naukowa, porzucona przez męża nawiązuje dość dziwną relację z pewnym Szwedem, synem jej akademickiego promotora. Roma jest matką Jakuba, porzuconego przez Małgorzatę alkoholika i nieudacznika. Honorata, koleżanka Moniki, przykładna katoliczka, wikła się w romans z Jakubem, a Monika… Przeczytajcie sami. Zdradzę jedynie, że spirala wzajemnych interakcji w tym momencie się dopiero rozkręca. Bohaterów jest znacznie więcej, a co za tym idzie, więcej jest także indywidualnych historii.

 

Kiedy będąc już po lekturze powieści, zastanawiam się nad jej strukturą, dochodzę do wnioski, że już dawno nie czytałam tak wielowątkowej powieści i jednocześnie tak dobrze skonstruowanej. Nie lada sztuką jest tak przedstawić wiele historii i wątków, aby nie zanudzić czytelnika i go nie zagubić. Joannie Marat się to udaje. Miesza nie tylko poszczególne wątki, ale także przestrzenie czasowe: raz jesteśmy w czasach współczesnych, innym razem opowiadana historia dotyczy okresu wojny lub czasów powojennych, a mimo to doskonale się we wszystkim odnajdujemy. W dużej mierze dlatego, że każda z postaci jest oryginalna i nie sposób jej z inną pomylić. Ale, jak napisałam wyżej, poszczególne postaci kobiet mają mianownik wspólny: uwikłanie. Niemal wszystkie określają siebie poprzez relację z mężczyzną oraz poprzez rolę, jaką narzuca im społeczeństwo. Kobieta istnieje dopóki jest ładna i atrakcyjna i ma powodzenie u mężczyzn. Boleśnie przekonuje się o tym Roma, która straciwszy z wiekiem urodę, czuje się nie zauważana. Desperacka chęć podobania się mężczyznom oraz potrzeba bycia z kimś za wszelką cenę doprowadza Honoratę do związku z alkoholikiem, a Małgorzata usilnie wierzy, że jeśli powiększy sobie piersi, to zatrzyma przy sobie Wieśka. W efekcie tworzą się chore relacje, w których trudno o prawdziwe szczęście.

 

Poprzez przenoszenie punktu ciężkości z jednej bohaterki na drugą, z jednej przestrzeni czasowej na inną, autorce udało się uchwycić nie tylko przemiany historyczne, ale także pokazać jaki te przemiany i zdarzenia mają wpływ na kobiety. Najbardziej przejmujące są czasy wojny, kiedy to kobieta staje się łupem wojennym. Chyba nie muszę dodawać jak jest wówczas traktowana… Ale nie tylko czasy wojny sprzyjają gwałtom i przemocy stosowanej wobec kobiet. To często w domowym zaciszu doznają krzywdy od tych, od których powinny doznawać miłości i wsparcia. W zamian są ofiarami przemocy fizycznej i psychicznej. W efekcie w dorosłym życiu nie potrafią tworzyć prawdziwych związków, dają się wykorzystywać, zdradzają i są zdradzane. Przez powieść Joanny Marat przechodzi istny korowód kobiet w rolach kochanek, zdradzanych żon, kobiet skrzywdzonych przez najbliższych.

 

Książki gdańskiej autorki nie można zrozumieć bez historii nazwy kaplicy w Kościele Mariackim w Gdańsku, dlatego przed lekturą zachęcam do uważnego przeczytania wstępu do książki. Los Urszuli i jej towarzyszek jest uniwersalną metaforą, która pasuje do losu każdej z bohaterek powieści. Na końcu pojawia się jednak pewien promyk nadziei w postaci młodego pokolenia, które być może zbuntuje się przeciwko normom społecznym, wikłającym kobiety w często niechciane normy społeczne. Ale o tym przekonajcie się sami. Ja natomiast z pewnością będę śledzić dalsze pisarskie poczynania autorki, wpisując ją w poczet ulubionych autorów.